Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
poniedziałek, 16 listopada 2015

Temat "inności" krąży mi w głowie od jakiegoś czasu,  a od kilku dni, z przyczyn obiektywnych, zdecydowanie mocniej. Nie będę jednak wchodzić w tematy polityczne - nie dzisiaj, aczkolwiek wcześniej czy później pewnie znów coś napiszę...

Dzisiaj będzie o "inności" mojej córki.

Byliśmy wczoraj na ślubie i na weselnym obiedzie. Tak krótko, bo od domu dzieliło nas dwie godziny jazdy i chcieliśmy wrócić do domu na czas, aby położyć Gaduchnę spać o normalnej porze. Młodej z nami nie było, bo nie widziałam sensu, aby katować dziecko tak długą podróżą w foteliku, skoro codzienne przejazdy na siedmiokilometrowej trasie są dla niej karą... Panna Kudłata została więc u babci i dziadka, a my ruszyliśmy w podróż.

Byliśmy na pięknym ślubie, podczas którego mieliśmy okazję obserwować obecne dzieci. Do jednych rodziców zapałałam sympatią, bo musieli trochę po kościele pobiegać za swoim dwulatkiem. Reszta dzieci w kościele była bezproblemowa.

A potem była sala weselna i kolejka do życzeń. Ustawiliśmy się pod koniec kolejki, bo najpierw chcieliśmy zlokalizować nasz stolik. Tak się złożyło, że tuż przed nami ustawiła się rodzina z trzema dziewczynkami: pięcioletnią, dwuletnią i kilkumiesięczną. Jako, że wesele było bardzo duże, a staliśmy pod koniec kolejki, dostanie się do pary młodej zajęło nam około 40 minut. I przez cały ten czas niemowlinka spała na rękach rodziców (wcześniej w kościele spała w foteliku), a dwu i pięciolatka spokojnie stały obok rodziców. 40 minut! Nie odchodziły, nie biegały, nie marudziły. Stały i czekały.

Potem widziałam, że starsze dziewczynki zostały posadzone przy stole i siedziały.

I kurde, zazdrość mnie wzięła, bo moje dziecko nie ma zwyczaju siedzieć w miejscu. Moje dziecko nawet jak je, to się przemieszcza.

Przy stoliku, przy którym zostaliśmy ulokowani, część towarzystwa była nam zupełnie obca, więc wiadomo, kurtuazyjna "gadka-szmatka" itp. Przyznaliśmy, że zaraz po rosole jedziemy (a tu figa, nie było rosołu, więc pojechaliśmy dopiero po torcie) do domu, gdyż dwie godziny od nas jest mała torpeda, którą do snu musi położyć któreś z nas. Nowi znajomi dopytywali, dlaczego nie zabraliśmy dziecka ze sobą, więc powiedzieliśmy zgodnie z prawdą: że dla niej to za długa podróż, że w kościele byłaby trudna do opanowania, że ona nic a nic nie przypomina tych spokojnych dziewczynek z sąsiedniego stolika, że dla niej wesele to żadna atrakcja i lepiej jej u dziadków, gdzie przez cały dzień może być w ruchu, a nie spacyfikowana w foteliku czy na rękach rodzica. No i dowiedzieliśmy się, że na takie zachowanie to najlepszym lekarstwem jest klaps. Abstrahując od tego, czy klaps jest rozwiązaniem jakiegokolwiek problemu, po raz kolejny poczułam się jak nieudacznik, który nie ogarnia swojego dziecka. Bo przecież cała reszta świata potrafi sprawić, że dziecko siedzi cicho, że dziecko chodzi za rękę, że dziecko przy posiłku brudzi tylko śliniak. A ja nie potrafię.

Moja mama kilka lat temu dziwiła się, jak to możliwe, że ktoś nie jest w stanie ogarnąć jednego dziecka, skoro jej się udawało prowadzić dom i pracować mając nas dwoje i żadnej rodziny do pomocy. Teraz, kiedy od niemal półtora roku jest babcią Gadusi, a od czerwca sprawuje nad nią regularną opiekę, sama przyznaje, że już wie - mój brat był dzieckiem, które zapewne dzisiaj zdiagnozowane miałoby adhd, aczkolwiek zdaniem naszej mamy, do Gadusi mu daleko, natomiast ja byłam dzieckiem totalnie bezproblemowym, typu "gdzie postawisz - tam stoi". Gadusia taka nie jest. Gadusia jest high need baby. Problem w tym, że dla osób z zewnątrz ona jest rozpieszczona. A nie jest. Ona jest po prostu hiperaktywna.

Boję się, jak to będzie kiedy ona już "pójdzie w świat" - przedszkole, szkoła. Teraz, na całe szczęście, zajmuje się nią babcia, która ją kocha i za nią podąża, ale co będzie później, kiedy zapewne będzie najbardziej krnąbrnym dzieckiem w grupie? Czy nie zostanie przez to odrzucona? Raczej nie stanie się ulubienicą wychowawczyń, bo nie jest dzieckiem, które grzecznie zasiądzie przy stoliku i będzie lepić misie z plasteliny...

Ale cóż - każdy inny - wszyscy równi.

czwartek, 12 listopada 2015

Generalnie jestem dżenderystką ;), toteż wśród (ulubionych) zabawek Gadusi są m.in. auta i piłki, na przyszłość czekają na nią klocki lego po tatusiu. Mała uwielbia bawić się w naszych samochodach (szkoda, że jak tylko próbujemy ją zapiąć w foteliku zaczyna krzyczeć...), ubierana jest w "chłopięce" kolory. Cóż z tego, skoro Gadunia szaleje na widok biżuterii: namiętnie nosi naszyjniki babć (już kilka załatwiła; ostatnio dorwała się do różańca i z nim paradowała po domu), czai się na nasze obrączki czy moje pierścionki, u wszystkich sprawdza obecność kolczyków w uszach (u mnie zwraca uwagę tylko na dwa największe, pozostałych pięć traktuje, jakby ich nie było!); zawsze asystuje mi podczas makijażowania się i musi w tym czasie dzierżyć w dłoni swój pędzel, a ja muszę udawać, że tuszuję jej rzęsy. Kocha perfumy (no dobra, dysponuję tylko wodami toaletowymi i to właśnie je tak wielbi ;) ), lubi sukieneczki, lubi rano wybierać, którą z dwóch zaoferowanych bluzeczek mam jej założyć, ale jej największą miłością są buty! Uwielbia je mierzyć i nie przeszkadza jej nawet bieganie w za dużych o rozmiar czy dwa. W za dużych o trzy rozmiary też próbowała, ale jednak spadały z nóżki i musiała je podziwiać trzymając w rączkach. Lubi się czesać (samodzielnie, obsługa w tej sferze jej nie satysfakcjonuje), lubi bawić się moimi włosami i wpinać w nie spinki. Często podbiega do lustra i sprawdza, jak "Lala" (bo tak o sobie mówi) się prezentuje.

Mała kobietka chętnie tuli lalki i misie (a najchętniej swojego królika o imieniu KITI), podaje im flachę z mlekiem, przykrywa kocykiem, śpiewa im po swojemu "la la la". Często tańczy ze swoim pluszowym potomstwem, zabiera je do kąpieli, dzieli się posiłkami. Taka z niej malutka mamusia. Moja cudowna dziewczynka!

sobota, 07 listopada 2015

Fajnie mieć "hajnida", a powodów jest wiele!

1. Przy hajnidzie nie zaznasz nudy!

2. Hajnida NIGDY nie zapomnisz wyciągnąć z auta, gdy zaśnie...

3. ...bo hajnid w aucie nie zaśnie. Hajnidy nie zasypiają.

4. Hajnid zapewnia dużą aktywność fizyczną. 

5. Hajnid sprawi, że czy tego chcesz, czy nie, będziesz praktykować rodzicielstwo bliskości (bo hajnid tego będzie wymagać), więc masz spore szanse na wychowanie szczęśliwego człowieka.

6. Hajnid stanowi idealną wymówkę - znalazłaś/eś się w towarzystwie, na które nie masz ochoty - spoko, dzieć zaraz zacznie awanturę i możesz się ewakuować.

7. Od miesięcy odwlekasz remont w domu? Polecam hajnida - w dywan wetrze przecier marchewkowy, w ścianę ciśnie twarogiem , a z otwartych półek zrzuci wszystko, na co natrafi (a hajnidy natrafiają na wszystko!).

8. Jeśli lubisz stroić latorośl w przepiękne ciuszki, to posiadanie hajnida daje szansę na użycie każdego dnia przynajmniej trzech prześlicznych zestawów!

9. Dzięki hajnidowi nie będziesz marnować weekendów na spacery po centrach handlowych. Potomek ci na to nie pozwoli, bo hajnidki preferują aktywne spędzanie czasu, a jako takiego nie uznają łażenia po sklepach.

10. Posiadanie high need baby gwarantuje, że będziesz regularnie sprzątać. Przy takim maluchu nie da się inaczej - wszędzie włazi, wszędzie rozsmarowuje jedzenie, wszędzie upycha zabawki, wszystko musi zobaczyć. Będziesz stale niwelować zniszczenia, czyli sprzątać kilka razy dziennie.

 

Powodów z pewnością jest więcej, ale jako, że Gadosława dzisiaj w dzień nie spała, a wstałyśmy 0 6.30, ponadto nasz pokój dzienny odkurzałam dziś cztery razy (a potem jeszcze wysypała tam paluszki, jednak to zostawiłam do sprzątnięcia Gadziemu tacie), więcej nie wymyślę. Dziękuję za uwagę.

 

P.S. Nienawidzę, nie znoszę, nie trawię określenia "hajnid". A fuj!


piątek, 06 listopada 2015

Zbliża się wielkimi krokami, a właściwie już się u nas rozpoczął, okres prezentowy, więc intensywnie o prezentach rozmyślam. W ubiegłym tygodniu mój starszy chrześniak obchodził urodziny (10!), więc potrzebowałam w miarę "dorosłego" prezentu dla niego, niedługo Święta, więc potrzebny będzie kolejny prezent dla tego młodego człowieka (a już z jednym miałam nie lada problem!), prezenty dla młodszego chrześniaka i jego siostry, prezenty dla naszych rodzin i najważniejsze - prezent dla Gadusi. Za kilka dni imieniny ma mój brat, a w grudniu urodziny obchodzą Gadzi tatuś i moja mama, imieniny ma mój tata, zaś zaraz na początku stycznia postarzeją się obydwaj dziadkowie Gadusi. Okazji więc sporo, sporo też prezentów do wymyślenia.

Dla Gadusi jest stosunkowo łatwo - chcę dla niej wiele rzeczy, pomysłów mam sporo i część prezentów już mam, a część została właśnie zamówiona. Wiem też, co podpowiadać ewentualnym darczyńcom, gdyby pytali, co się przyda.

Nie wiem, co mówić potencjalnym darczyńcom, gdy będą pytać, czego chcę ja.

Bo albo marzenia mam nierealne (własne metry kwadratowe itepe drobnostki), albo sama nie wiem, o czym mogę marzyć. No bo co - nic z kosmetyków, bo mam tego zdecydowanie za dużo i chcę się odgruzować. Podobnie z ciuchami. Z książkami jest tak, że fajnie je mieć, ale po przeczytaniu trzeba mieć je gdzie trzymać, a nasze regały niestety, jak się okazało, nie są z gumy... Czego ja więc mogę chcieć? Zawsze miałam listę wymarzonych płyt, ale sobie uświadomiłam, że i tak nie mam ich kiedy słuchać i puszczam sobie tylko playlisty z youtube. Rozmyślam i zamiast dojść do tego, czego mogę zachcieć dla siebie, mam kolejne pomysły na podarunki dla małej Gaduchny.

Źle ze mną? Czy to normalne?

Tagi: prezenty
13:19, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2015

Było w ostatnim czasie o świetnym ojcu, było o fatalnej matce, więc w celu zachowania równowagi w przyrodzie, przyszedł czas na ojców, którzy na miano taty nie zasługują.

Nie ukrywam, wpis powodowany jest w dużej mierze niedzielnymi wyborami. Wyborami, w których startował i do sukcesu niewiele mu zabrakło, bardzo znany na naszym terenie polityk zwycięskiej opcji. Zdawać by się mogło, że człowiek mocno związany z kościołem jakieś normy moralne posiada. A figa! Posiadł miast norm moralnych swoją asystentkę, gdyż musiał sobie chłop ulżyć, gdy żona w połogu zajmowała się najmłodszym dzieckiem. Wieść gminna (a może raczej powiatowa) niesie, że i asystentkę w najbliższym czasie macierzyństwo czeka, więc cóż, grunt, że znakomity Polak-katolik, antykoncepcją nie zgrzeszył...

Tak, to były plotki. Zaraz będą kolejne.

Pracowałam z dziewczyną, która jako dwudziestolatka poznała świetnego faceta - przystojny, z dobrą pracą. Zakochała się. Spotykali się głównie na jej terenie, bo tam on pracował. Obrączki nigdy nie nosił. Epoka była wówczas przedfejsbukowa, więc wyguglać oblubieńca nie można było. Dziewczyna zaszła w ciążę i wtedy wybuchła bomba - bo dość, że obrączka jest, to i prawowita małżonka w stanie błogosławionym takoż. Chłop stanął na wysokości zadania - powiesił się. Została wdowa z niemowlakiem, a kochanka w ciąży. Facet zaś już nie miał kłopotu...

No i przykład trzeci, dotyczący bardzo bliskich mi osób. Otóż była sobie ona - na potrzeby tego jakże porywającego wpisu dajmy jej na imię Penelopa. Penelopa zawsze miała skłonność to "złych chłopców". Bywało, że ukochany w przypływie uczuć jej odwinął, bywało, że "tylko" zgnoił psychicznie. I był on - Tadeusz. I była wielka miłość, wspólne mieszkanie, wspólne plany. Aż któregoś dnia przybyło też podbite oko i wtedy znajomi i rodzina przekonali: "Penelopka, pakuj manatki i uciekaj od tego świra". Uciekła, choć nie przestała kochać.

Rok później spotkali się na imprezie u wspólnych znajomych i owocem tegoż spotkania stała się kiełkująca fasolka.

No i wówczas się okazało - on już ma dziewczynę, w bardziej zaawansowanej ciąży i tamtej obiecał, że się ożeni, a Penelopa ma usunąć ciążę. Penelopa nie usunęła, urodziła dziecko, którego ojciec nigdy nie widział i widzieć nie chce. Ta druga (a może pierwsza, bo to ona została żoną) urodziła mu w sumie troje dzieci w cztery lata i już jest szczęśliwą rozwódką - ot, pan nie dorósł.


 

piątek, 16 października 2015

Gadusia ma tatę. Albo raczej Tatę.

Upatrzyłam go sobie jakieś pół życia temu, kiedy długowłosy, zgarbiony, w koszulce Nirvany i glanach przemierzał ulice mojego miasteczka.

On podobno w tym samym czasie wypatrzył sobie mnie - czerwonowłosą okularnicę, w koszulce Nirvany i z różowymi sznurowadłami przy glanach.

Poznaliśmy się dopiero w październiku 2002 roku. 13 lat temu. Kilka tygodni później już wiedzieliśmy, że zawsze będziemy razem. I że kiedyś zacznie nam towarzyszyć córka.

Przez kolejne lata zmieniał się mój kolor włosów (były fioletowe, czarne, aż w końcu, ostatnio, mają kolor, który ma udawać naturalny - kasztanowy). Zmieniały się włosy Gadotaty - były dredy, była ogolona głowa, jest w końcu fryzura "stosowna do pracy". Koszulki Nirvany wylądowały w pudłach z pamiątkami, glany coraz rzadziej goszczą na naszych stopach. A my jesteśmy razem. Jesteśmy i będziemy. Bo obok Gadusi, jej Tata stanowi mój cały świat.

Tata Gadusi jest moim najlepszym przyjacielem, człowiekiem, na którego mogę liczyć w każdej sytuacji i który nigdy mnie nie zawiódł. Tata Gadusi jest nadzwyczaj odpowiedzialnym człowiekiem, którego bardzo trudno zdenerwować. Tata Gadusi jest dla mnie idealny, bo współdzielimy wszelkie poglądy na życie.

Tata Gadusi, podobnie jak ja, generalnie nie przepada za innymi ludźmi. Ha, a obydwoje z ludźmi pracujemy i się chyba z tą antypatią nieźle kryjemy. Lubimy siebie, lubimy Gadusię i lubimy jeszcze kilka innych osób.

Tata Gadusi gra na czym popadnie (gitara, bas, perkusja, a jak się okazało kilka miesięcy temu, również klawisze). Tata Gadusi włada językami.

Jasne, są rzeczy, które nas wzajemnie u siebie wkurzają. Jasne, zdarza nam się utarczka słowna. Ale mamy coś, czego wielu brakuje - mamy chęć być razem, mamy chęć szukać kompromisu, mamy chęć starać się o siebie.


piątek, 09 października 2015

Bycie rodzicem nie powoduje, że nagle przestajemy istnieć jako jednostki i nasze potrzeby stają się nieistotne. Powoduje jednak, jak mniemam u większości kobiet, że dobro naszych dzieci staje się dla nas nadrzędne.

Nie uważam, żeby posiadanie wspólnego dziecka musiało skutkować wspólnym życiem aż po grób, jednak uważam, że rodzic ma podstawowy obowiązek - zadbać o to, aby dziecko zawsze miało kontakt z obydwojgiem rodziców. Nie wiem, jak potoczy się moje dalsze życie, bo choć od 13 lat jestem szczęśliwa z Gadotatą, to kto wie, czy w przyszłości nasze drogi się nie rozejdą? Wiem, że zrobię wszystko, aby do tego nie doszło. Wiem też, że gdybyśmy przegrali z losem, zrobimy wszystko, aby nasza córka wciąż miała obydwoje rodziców.

Obserwuję teraz w otoczeniu przypadek, gdzie matka straciła chyba kontakt z rzeczywistością i postanowiła dzieciom sprawić nowego tatusia, a biologicznemu ojcu dzieci odebrać. Ojciec o kontakt z dziećmi walczy, dla dobra dzieci próbuje scalić rodzinę, chociaż jego żona dumnie obnosi się z nową miłością. Dzieci, podczas rzadkich widzeń z ojcem, są szczęśliwe. Matka wszczyna wojnę, bo ona chce, aby dzieci z ojcem nie miały kontaktu, a tatą nazywały jej obecnego kochanka (tak, każdy ma prawo do ułożenia sobie życia. Jednak mężatka nie ma "chłopaka", a kochanka). Matka wszczyna wojnę w dalszej rodzinie, oczerniając każdego krewnego, który śmie utrzymywać kontakt (czyt.: nie wyrzuca ze znajomych na fejsie) z jej mężem. Doszło już do tego, że romans ze swoim mężem zarzuciła nastoletniej kuzynce, która tegoż męża widziała trzy razy w życiu, ostatnio w wieku 15 lat, na weselu kuzyna, a na co dzień dzieli ich kilka tysięcy kilometrów.

Dzieci cierpią, cierpi pozbawiony kontaktu z nimi ojciec. Ojciec, który przewijał, bo matka miała tipsy i raniła nimi delikatną skórę niemowlaka, ojciec, który kąpał, ojciec, który przygotowywał ciepłe posiłki. Matka, która nie czuje upływającego czasu i wciąż, jak za nastoletnich lat, każdy weekend spędza na dyskotece, postanowiła, że dotychczasowe życie jej się znudziło - wszakże nowy partner obiecuje zagraniczne wycieczki, a przy dotychczasowym była tylko rutyna dnia codziennego: praca, dzieci, budowa. I weekendowe imprezy.

środa, 07 października 2015

O czym młode matki najchętniej rozprawiają przy piaskownicy? Tak, o kupach! A co się z kupami wiąże bezpośrednio? Jedzenie. O jedzeniu więc będzie.

Do tego wpisu zainspirowała mnie, a jakże, moja ulubiona wózkowa mama. Nadmienię tylko, że tamta mama regularnie raz w tygodniu odwiedza ze swoim synkiem przychodnię, gdyż synek wiecznie jakiś problem zdrowotny ma. Lekarz problemu nie widzi, a ja chyba dostrzegam! Otóż, koleżanka uwielbia się skarżyć, że jej młody nic nie je i ciągle wymiotuje. Częściowo ją rozumiałam (do wczoraj), bo Gadusia też "nic nie je", ale i nie wymiotuje. Wcześniej koleżanka wspominała nieraz, że młody na kolację zjadł bułeczkę z masełkiem, a potem popił mlekiem z dwóch piersi, a nocą rzygał, ale nie analizowałam tego, gdyż Gadusia niepiersiowa, więc nie wiedziałam, czy to posiłek duży, mały, czy w sam raz. Wczoraj jednak znów zeszło na jedzenie. Koleżanka wspomniała, że jej syn prawie nic nie zjadł na obiad - zupy niemal nie tknął, a na drugie zjadł tylko dwie kulki ziemniaków i kotleta. Po czym zwymiotował.

Kurde, młody ma 14 miesięcy. Dwóch kulek ziemniaków i kotleta, a do tego pewnie jeszcze suróweczki, to i ja nie zjem na raz.

Dla porównania, moja młoda, która "nic nie je", na obiad zwykła zjeść np. łyżkę kaszy, ryżu czy ziemniaków. Bez mięsa, bez sosu. Zup nie lubi, ale jeśli już się zdecyduje na konsumpcję, około 100 ml, to drugiego kategorycznie odmawia. Wciąż je dużo mleka - flacha grana jest na śniadanie, kolację i przed drzemką. Córuś moja lubi twarożek, więc to zajada chętnie. Lubi też budyń, nie gardzi jajecznicą z jednego jajeczka. Na widok owoców szaleje, więc może ich jeść do woli. Jest zdrowa, wyniki ma dobre, więc się nie schizuję - może, jak już będzie zębata to zacznie jeść "lepiej". Póki co - nic na siłę. Karmiłam łyżeczką, próbowałyśmy blw, a i tak wracamy do punktu wyjścia, wychodzę więc z założenia, że mała ma czas.

Bo jaki jest sens zapchać żarciem, żeby dziecko miało czym rzygać?

Tagi: Jedzenie
11:05, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (2) »
środa, 30 września 2015

Poczytałam sobie ostatnio w internetach o złych i niedobrych dzieciach, które wykorzystują swoich starych, schorowanych rodziców do opieki nad wnukami. Bo generalnie według internautów babcia to staruszka, która siłą do opieki nad wnukiem została zaprzęgnięta, częstokroć zmuszona dodatkowo do rzucenia swojej pracy zawodowej. Biedni dziadkowie muszą (według emamusiek) nie tylko oporządzać wnuki, ale i sprzątać, gotować i dotować finansowo, czerpiąc ze swoich lichych rencin. 

Moim dzieckiem teraz, w czasie gdy jesteśmy w pracy, zajmują się moi rodzice. Ludzie niestarzy - jedno z nich wciąż przed sześćdziesiątką. Na emeryturach od kilku lat - pracowali w zawodzie, w którym taką możliwość mieli. Głodem nie przymierają.

Moja mama zawsze mówiła, że wnukami będzie chciała się zająć - było to dla niej oczywiste, gdyż ona sama prawie całą swoją pensję oddawała przez kilka lat obcym paniom, do których ja z bratem mówiliśmy "babciu". Moja mama pomocy ze strony swojej mamy i teściowej nie miała, więc bardzo pragnęła tę pomoc ofiarować nam.

Proponowaliśmy rodzicom legalne zatrudnienie, ale kategorycznie odmówili. Moja córka jest odwożona do dziadków każdego dnia rano, zwykle zaopatrzona jest w jakieś przekąski i pakiet pieluch, ale obiady gotuje babcia i zjada je nie tylko Gadusia, ale i my z Gadotatą. Rodzice za wikt od nas opłat nie pobierają. Wczasów w sanatorium (to w ramach rekompensaty za ponoszony trud proponowali forumowicze) im nie fundujemy - moja mama po usłyszeniu takiej opcji wybuchła śmiechem.

Moi rodzice zajmują się moim dzieckiem, bo kochają mnie i moje dziecko. Ja kocham moich rodziców, więc staram się rewanżować im się drobnostkami, ale te drobnostki to nie jest "zapłata". Zrewanżuję się też za kilkanaście lat, kiedy to moi rodzice już tacy młodzi nie będą i pomocy zaczną potrzebować. 

środa, 23 września 2015

Bardzo dużo się w ostatnim czasie słyszy o "rodzicielstwie bliskości". Chociaż nie przeczytałam na ten temat żadnej książki (w sumie żadnych poradników dla rodziców nie czytałam, podobnie jak nie zwykłam czytywać instrukcji obsługi), to czytam fora i grupy fejsbukowe. Rodzicielstwo bliskości do mnie przemawia, acz niektórych rzeczy nie stosuję, nie rozumiem, nie umiem.

No i generalnie rodzicielstwo bliskości kojarzy się między innymi z długim karmieniem piersią, a jak wiadomo, u mnie karmienia piersią długiego nie było. Żadnego nie było. Ale śpimy z Gaduchną (nie od początku, bo baliśmy się, jednak dość szybko dorobiła się dostawki do naszego łóżka, więc regularnie budzę się z jej stopą w oku lub jej dupką na głowie), chustowałyśmy się (Gadusia ostatecznie odmówiła noszenia w wieku 11 miesięcy mniej więcej), tulimy się ile tylko się da, nosimy na rękach, nie dajemy się wypłakać, dostosowujemy się do niej maksymalnie. Od kilku tygodni praktykujemy "wizję lokalną", czyli jeśli Gaduchna ma straszny wypadek, typu potknięcie się o kota, przeprowadzamy wizję, podczas której krok po kroku omawiamy zaistniałą sytuację. I chociaż dzieć mały - działa. Dzieć przestaje płakać - a pisałam wielokrotnie, że dzieć jest nieco histeryczny (po matce) i ma tendencje do zanoszenia się.

Czego nie umiem i być może nawet nie chcę się nauczyć? Nie umiem jej nie chwalić. Wiem, że ciągłe chwalenie może prowadzić do tego, że latorośl w pewnym momencie zacznie robić coś tylko dla pochwał, no ale jak nie pochwalić niejadka, jeśli jednak coś zje? A ona je mało. Strasznie mało. Tragicznie mało. Więc chwalimy, bijemy brawo, tańczymy z radości. Wariujemy ze szczęścia przy każdej jej nowej umiejętności.

Pomimo tego, że staramy się być ciepłymi rodzicami, mnie kilka razy nerwy puściły. Ha, kto ma high need baby ten wie, że czasami już nie da rady. Na szczęście coraz lepiej nad sobą panuję i udaje mi się uspokoić. Mój mąż jest natomiast niespotykanie spokojnym człowiekiem i jego wkurzyć jest znacznie trudniej - dobrze dla mnie, dobrze dla Gaduchny. Szczęśliwie tak się złożyło, że moja mama, która z Gadusią jest w ciągu dnia, instynktownie również jest "bliskościowa", więc z radością usypia na rękach (i potrafi tak trzymać półtora godziny), nosi, jeśli dziewczynka odmawia współpracy z wózkiem itp.

I mam cholerne wyrzuty sumienia, wobec jednego z wózkowych kolegów Gadusi. Otóż, kiedy jeszcze byłam na macierzyńskim, mama tegoż kolegi zapytała, jak Gadunia usypia na drzemkę, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że moja mama usypia ją na rękach, a ja na łóżku, leżąc przy niej, a w tle szumi nam deszcz z tabletu. No i po kilku dniach koleżanka pochwaliła mi się swoim sukcesem - postanowiła swojego synka usypiać w łóżeczku, a sama wychodzić z pokoju. Pierwszego dnia płakał 40 minut, następnego zasnął już po pół godzinie płaczu. A mnie serce pękało, gdy o tym słuchałam, bo ona chciała niby jak ja. Niby jak ja, a jednak całkiem inaczej, bo Gadusia nie zasypia i nie zasypiała nigdy "porzucona".

Ostatnio podczas zabawy na placu zabaw moja córeczka szturchnęła tego chłopca. Nie zrobiła tego złośliwie, zwyczajnie chciała na siebie zwrócić uwagę, a że przecież jest malutka, to nie umiała inaczej. Chłopca chyba nie zabolało, bo nie zareagował w żaden sposób. Ja powiedziałam maleńkiej, że nie wolno bić innych. Matka chłopca się zamachnęła na Gadusię, ale na jej szczęście, powstrzymała się przed uderzeniem. Na jej szczęście, bo ja jednak choleryk jestem i jeśliby dotknęła mojego dziecka, to miałaby sprawę o pobicie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11