Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
piątek, 18 września 2015

Podobnie jak zapewne większość kobiet, położną środowiskową wybrałam na chybił-trafił. Odbyło się to w ten sposób, że pięć lat temu postanowiłam zmienić przychodnię i rejestrując się do nowego lekarza rodzinnego, musiałam wybrać też położną i kogoś tam jeszcze - nie miało to wówczas dla mnie większego znaczenia. Zresztą wyboru nie było, bo w tej przychodni i tak jest chyba tylko jedna "pani Marysia".

Poznałam ją też dość szybko, bo w ósmym tygodniu ciąży byłam u mojej internistki po zwolnienie na kilka dni, bo ciąża już wtedy dawała mocno popalić, a w pracy nie przyznawałam się jeszcze, że mam lokatora i nie daję rady. No więc poszłam, powiedziałam w czym rzecz i lekarka poinformowała mnie, że prowadzą program dla ciężarnych, w ramach którego "grube baby" spotykają się raz w tygodniu na pogaduchach z położną. Generalnie miało to być coś na wzór szkoły rodzenia, tylko w rozszerzonym zakresie, więc stwierdziłam, że warto się wybrać. No i chodziłam na spotkania, co kilka tygodni, bo tematy się powtarzały, więc nie było sensu chodzić zawsze. Zwykle dostawałyśmy jakieś gadżety z tego programu prowadzonego przez przychodnię - głównie dotyczące zdrowego odżywiania w ciąży i w okresie połogu, a potem w okresie karmienia piersią, aktywności fizycznej w ciąży itp. Były też reklamówki z gadżetami okołodziecięcymi - nazbierałam masę próbek sudocremu (którego staram się nie używać), dwa smoczki (a Gaduchna bezsmoczkowa się trafiła), próbki pieluch chyba każdej marki, próbki środków piorących, kosmetyków dla maluszka i dla mnie. I butelkę aventu, ale to już dostałam podczas wizyty patronażowej.

Pani Marysia sprawiała wrażenie niezwykle pomocnej. Obiecywała, że we wszystkim pomoże, że jeśli zdecydujemy się rodzić w najbliższym szpitalu, to odwiedzi, że da znać koleżankom z oddziału, żeby potraktowały "po ludzku". Oczywiście, straszne parcie miała na rodzenie siłami natury, bez wspomagania farmakologicznego i na późniejsze karmienie piersią - podśmiechiwała się z dziewczyny z poprzedniego kursu, która jeszcze w ciąży zakupiła bebilon, bo po doświadczeniach z karmieniem pierwszego dziecka, nie chciała przez to przechodzić ponownie. Cóż.

Nieco zaskoczona byłam kiedy kilka tygodni przed moim terminem spotkaliśmy znajomego, męża mojej koleżanki z klasy, która też chodziła na "grube baby", który strasznie narzekał na panią Marysię. Otóż mówił, że nie udzieliła ona jego żonie żadnego wsparcia, że namawiała ją na poród siłami natury, mimo, że dziewczyna miała wskazanie do cięcia, że nie odwiedziła w szpitalu. Niedługo później trafiłam na patologię ciąży, więc napisałam o tym pani Marysi. Nie przejęła się, chociaż było przecież zagrożenie. Nie odezwała się kilka tygodni później, kiedy napisałam jej, że jestem w szpitalu i rano będą mnie ciąć. Nie odwiedziła, nie odpisała.

Ze szpitala wyszłyśmy w czwartek, a w piątek zadzwoniła do mnie moja lekarz rodzinna, właścicielka przychodni. Zapytała, jak się czuję, jak maluszek. Zapowiedziała, że następnego dnia przyjedzie do mnie położna, która zastępuje panią Marysię, która jest na urlopie. OK, następnego dnia przyjechała pani Wanda. Obejrzała małą, obejrzała mnie, chwilkę pogadałyśmy i zapowiedziała, że na następną wizytę wybierze się pani Marysia, ale jeśli będę potrzebowała pomocy, to mam dzwonić. No i dzwoniłam do niej, bo nie mogłam karmić, a pani Marysia nie odbierała. Pani Wanda wspierała, mówiła, że jeśli zostaniemy na butelce, to nie będzie koniec świata. Ale nie pokazała w warunkach domowych, jak przystawiać, co robić. Nic to, w sumie chyba mi na tym karmieniu aż tak nie zależało.

Szwy miałam ściągane w 10 dobie po operacji, w naszej przychodni. Moja lekarka rodzinna najpierw dokładnie obejrzała ranę, porozmawiała ze mną, a dopiero po tym poprosiła pielęgniarkę o wyciągnięcie nici. Tego dnia spotkałam też panią Marysię, która zapowiedziała się, że przyjedzie do nas na wizytę patronażową. No i po kilku dniach (dzień czy dwa później, niż się umawiałyśmy) przyjechała. Zdziwiona, że dzwoniłam i dopytywałam, kiedy będzie, bo przecież powinnam z noworodkiem w domu siedzieć, a mnie się zachciewało do rodziców jeździć... Przywiozła butelkę, miliony ulotek, wagę, na której zważyła Gadusię i stwierdziła, że z mojego karmienia to już nic nie będzie i nie muszę już nawet próbować ściągać. Jeszcze tydzień próbowałam, mimo wszystko.

Pani Marysia nie nauczyła się imienia mojego, ani mojej córki - jest chyba jedyną osobą w tamtej przychodni, która nie wie, jak moje dziecko ma na imię, a że młoda ma oryginalne imię, to naprawdę trzeba się postarać, żeby notorycznie nazywać ją Olą...

środa, 16 września 2015

Gdzieś mniej więcej w czasie, gdy osiągnęłam ćwierćwiecze, zapragnęłam mieć córkę. Tzn. córkę chciałam mieć zawsze, ale w tym wieku zachorowałam na początkowe stadium wścieku macicy. W tym czasie trzy moje bliskie koleżanki wydały na świat swoje córki. Cieszyłam się razem z nimi, ale w poduszkę popłakałam - no bo jak to - one nie planowały, a mają, a ja nie mam, bo sytuacja życiowa jeszcze nie taka jak trzeba. No i chłop za młody. Wówczas IMO zdecydowanie za młody na dziecko. Student ledwie. A ja na umowie na czas określony, w dodatku na pół etatu. No durni bylibyśmy...

Mijały lata. Ludziom rodziły się dzieci. Ja swoje chciałam mieć coraz mocniej. Jak rodzili się chłopcy, to przyjmowałam to ze względnym spokojem, ale na wieść, że komuś urodziła się córka, miałam ochotę gryźć z zazdrości. Wściek macicy osiągnął apogeum.

Potem zaszłam w ciążę, więc teoretycznie mogłam przestać zazdrościć. Teoretycznie. Bo w tym samym czasie w ciąży była moja koleżanka, ostatecznie nasze dzieci urodziły się w odstępie jednego dnia. I u niej na USG genetycznym padło - DZIEWCZYNKA. A ja nie wiedziałam kto będzie i byłam rozżalona, bo ona będzie miała panienkę, a ja pewnie nie. Nic to, myślałam, urodzi się chłopak, to pokocham jak swoje... Potem, na USG połówkowym u jej córeczki dopatrzyli się jednak atrybutów małego mężczyzny, więc zazdrość mi minęła. Ale, ale! W ciąży była wtedy też kuzynka i u niej nie było wątpliwości, że będzie dziewczynka, więc ja sobie wydedukowałam, że skoro w rodzinie od kilku lat same panny, to pewnie ja przerwę serię i urodzę Bronka! Bo u mnie dalej niczego się nie dopatrzyli. Do końca ciąży nie było pewności, kogo urodzę, chociaż według mojej lekarki dziewczynka była bardziej prawdopodobna. No i jest, moja mała, kudłata, wyczekiwana wariateczka.

I teraz znów wysyp ciąż wokół mnie. Słyszę o "błogim stanie", o tęsknocie na za maluszkiem. A ja maluszka mam i nie wyobrażam sobie mieć teraz drugiego. Nie zazdroszczę, chociaż może mnie kiedyś najdzie - nie wykluczam.

Teraz namiętnie wszystkim rodzicielstwo zachwalam, chociaż nie da się ukryć, że lajtowo nie jest. Teraz autentycznie cieszy mnie każdy nowo narodzony maluch w otoczeniu - każda nowa koleżanka i każdy nowy kolega dla mojej córki. Podziwiam ludzi, którzy decydują się na kolejne dziecko, kiedy ich starszak wymaga wciąż obsługi rodzica. Podziwiam. I nie podejmuję się.

czwartek, 10 września 2015

Jestem białą, heteroseksualną kobietą, która wychowana została w wierze katolickiej. Jestem mężatką, mam dziecko. Aby się poczęło, nie potrzebowałam interwencji lekarzy - wszystko odbyło się w sposób łatwy, lekki i przyjemny. Czyli wszystko gra - jestem standardową Polką.

"Mimo" powyższego jestem całym sercem za in vitro. "Mimo" powyższego jestem całym sercem za pomocą uchodźcom z Syrii. Przerażają mnie słowa, które moi znajomi wypisują na fejsbuku w ostatnich dniach: znajomy, który żyje z zagranicznego socjala planuje "noc oczyszczenia", znajomy, którego dwoje ciężko chorych dzieci jest mocno dotowanych przez ludzi dobrej woli, dodaje demota ze zdjęciem obozu Auschwitz i dopiskiem, że "Polska gotowa na przyjęcie uchodźców", koleżanka, której czarnoskóry mąż nosi jedno z najpopularniejszych arabskich imion, nawołuje do nieprzyjmowania imigrantów. Kolejnych kilkoro znajomych pisze o "brązowym gównie", o podludziach. Koleżanka, podpierając się chęcią obrony kościoła katolickiego, pisze o "czymś podobnym do człowieka", ale jej zdaniem jednak nie są to ludzie.

Wcześniej, kilka miesięcy temu, mocno się na fejsie ścięłam ze znajomymi, którzy są anty in vitro. Dyskusja, która się wówczas wywiązała, sprawiła, że od kościoła jestem obecnie zdecydowanie dalej niż byłam do tej pory. Jedna ze znajomych uczestniczących w tamtej zażartej (nie żartuję, niemal pół tysiąca wpisów) dyskusji, napisała mi, że nie może mi złożyć życzeń urodzinowych, gdyż w tamtym okresie miałam akurat tęczowe zdjęcie profilowe. Uważam przy tym, że papież trafił się obecnie wyjątkowo mądry. Już czytałam w internetach, że zdaniem wielu polskich katolików to "dziad, któremu się pomieszało w głowie". Cóż...

Wolę, żeby moja córka w klasie miała fajną, syryjską koleżankę, niż dziecko człowieka, który innych ludzi uważa za gówno. Niż dziecko człowieka, który dziecku z in vitro odbiera prawo do pojawienia się na świecie. Niż dziecko człowieka, który niczym nie różni się od Hitlera, Stalina, czy bardziej współcześnie - Breivika.

Sprowadziłam Gadusię na świat, który mnie przeraża. Ja rozumiem - można się bać innej kultury, można uważać, że Polski nie stać na przyjęcie uchodźców. Ale nie można nazywać ludzi "gównem", nie można wysyłać ich do obozów koncentracyjnych.

Dyskutanci fejsbukowi piszą: "Jak jesteście tacy mądrzy, to przyjmijcie ich pod swój dach", pozwolę więc sobie na przytoczenie kilku historii. Moi dziadkowie ze strony mamy pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy. Podczas wojny obydwie rodziny uciekały - jedna prababcia z dziećmi, w tym moją pięcioletnią babcią. Drogę ucieczki miała stosunkową łatwą, bo dzięki pomocy prawosławnej sąsiadki uciekła prosto na tereny dzisiejszego województwa podkarpackiego. Jej teściowa z pozostałymi członkami rodziny już tak dobrze nie miała, bo przez Afrykę uciekali do Kanady. Połowa z nich podróży nie przeżyła. Jeden brat zagubił się i do dziś nie wiadomo, co się z nim stało - na Ukrainie żyją do dziś jego córki i wnuki. Rodzina mojego dziadka uciekała również z Ukrainy, ale z innego regionu i jak podają źródła, mieli szczęście znaleźć się na ostatnim wozie, który wywiózł ich z palącej się wsi. I z ich ucieczki są wyjątkowo cenne zdjęcia - cenne, bo wykonane w Iranie, gdzie znaleźli schronienie. Czyli muzułmanie pomogli katolikom. Dzisiaj katolicy nie chcą pomóc muzułmanom.

W rodzinie Gadusiowego taty ucieczek nie było, ale było coś, co zasłużyło na medal Sprawiedliwi wśród narodów świata. Otóż krewni mojej teściowej, w czasie II wojny światowej, narażając życie swoje i swoich dzieci, ukrywali żydowską rodzinę. Czteroosobowej rodzinie udało się przeżyć i szczęśliwie po wojnie znaleźli się w Izraelu, natomiast krewnych mojej teściowej, czyli krewnych Gadusi, za udzieloną pomoc rozstrzelano.

 W ogólniaku nosiłam koszulkę z napisem "Najpierw jesteśmy ludźmi, dopiero potem narodami". Chyba ją wygrzebię i znów zacznę jej używać...

piątek, 04 września 2015

Urlopuję się, więc miałam dzisiaj okazję odbyć spacer z wózkową koleżanką (bohaterką historii o dziecku niezapinanym w wózku, małym niemowlaku w wielkim foteliku i pewnie kilku jeszcze).

Koleżanka zapytała: "Jaki ona (w domyśle: Gadusia) ma rozmiar butów?"

Mama Gada na to gada: "19".

Koleżanka: "Jeszcze?"

Ja: "Już! We wtorek nosiła 18,5".

Koleżanka: "Dlaczego kupujesz jej takie małe buty?"

 

Wszakże nie od dziś wiadomo - od kupowania większych butów stopy szybciej rosną.

czwartek, 03 września 2015

Czasem w żartach spieramy się z Gadotatą, na kogo wyrośnie Gadusia. On preferuje metal, toteż chciałby córkę-metalówę, a ja mam zdecydowanie punkową duszę. I oczywiście uważam, że Gadusia dziedziczy po mnie ;) Faktycznie nie ma to większego znaczenia, grunt, żeby jednak słuchała czegoś z szeroko pojętego rocka, bo w przeciwnym razie moja dusza gotowa jest zacząć krwawić.

Nie da się ukryć, że jeden z ważniejszych punkowych sloganów: (tutaj uwaga: padnie wykropkowany wulgaryzm) "pi...ol system" Gadusi towarzyszy już od życia prenatalnego. Zaczęło się od tego, że w siódmym miesiącu ciąży dokonała przewrotu - dotąd siedziała w moim brzuchu w poprzek,  a od tego momentu postanowiła siedzieć łepetynką do góry, a nie jak inne dzieci, łepkiem w dół. Miała swoje zdanie i już.

Potem kolki, z którymi wyszła już ze szpitala, a wszyscy mówili, że kolki to dopiero pod koniec pierwszego miesiąca. Cóż, ona miała na ten temat inną opinię. Karuzelki, maty, leżaczki czy wózek? Pocałujcie się w nos, Gadusia miała inną wizję. Gadusia jest high need baby, księżniczką i rebeliantką. Gadusia "pi...oli system", Gadusia robi po swojemu. Gadusię się nosi, animuje, wykonuje się wszystkie jej polecenia. Bo jak nie, to...

Doskonale wybraliśmy jej imię, bo pasuje do niej wyśmienicie, jednak czasem myślę, że jest słowo, które opisałoby ją lepiej. Słowo, które wspaniale spisałoby się w roli imienia dla mojego dziecka. To słowo to REBELIA...

Kilka dni temu Gadotat zdiagnozował u naszej córki bunt dwulatka i faktycznie: ciągłe "nie", ciągły foch, a dzisiaj zaliczyłam pierwsze rzucenie się na podłogę w sklepie. Ale, ale... Gadusia ma dopiero 14 miesięcy, więc czy to bunt dwulatka, czy raczej charakter?

Gadusia będzie punkówą. Już jest. Ja to czuję, ja to wiem...

piątek, 28 sierpnia 2015

Miewamy czasem z Gadotatą myśli, że fajnie byłoby wystartować z jakimś własnym biznesem. Pewnie też kiedyś ten plan zrealizujemy, ale jednak pracy etatowej widzę więcej plusów niż minusów. Abstrahując od tego, że ja MUSZĘ mieć narzucone ramy czasowe, bo inaczej wszystko zwykłam odkładać na ostatnią chwilę...

Myślimy z Gadotatą o pętli na szyi, tfu, o kredycie hipotecznym. Tu niezaprzeczalnie etat się przyda, o czym świadczy np. ten wpis. No ale nie o tym miało być, wszakże blog z założenia jest parentingowo-zrzędzący, więc o dzieciach być musi.

No i współpracujemy z bardzo sympatyczną, małą drukarnią. Szefowa, jej mąż (gdzie indziej na etacie) i jeden pracownik. Szefowa wczoraj była u nas, omawiała szczegóły nowego zamówienia. Wczoraj. A DWA TYGODNIE temu urodziła dziecko. Jej starszak ma dwa lata, więc dwulatka i dwutygodniowego noworodka zostawiła z opiekunką, bo biznes musi się kręcić. Nie ogarniam tego. Kobieta w połogu nie powinna musieć pracować. Kobieta w połogu powinna zajmować się dzieckiem, odpoczywać i mieć czas na dochodzenie do siebie. Ale ta kobieta w połogu musi dbać o własny biznes :/

Dzięki ci losie, że mam pracę na etat, umowę na stałe i miałam gdzie wracać po rocznym macierzyńskim i licznych ciążowych zwolnieniach lekarskich. Dzięki ci losie, że chociaż zarabiam grosze, to mogłam rok być przy moim  dziecku.

Własny biznes pewnie kiedyś będzie. Jak już odchowamy dziecko i będziemy mieć ten swój kredyt na dożywocie.

Tagi: praca
10:13, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 sierpnia 2015

Mało mnie tutaj, albowiem wolnym czasem, który mogłabym poświęcić na pisanie nie grzeszę, a tutaj jeszcze pojawia się złośliwość przedmiotów martwych i kasuje mi się cały świeżutki wpis. No cóż. Startujemy od nowa.

A pisałam o tym, że pracuję już dwa miesiące. Pracuję intensywnie, bo nawet 6-7 dni w tygodniu - taka branża, cóż zrobić? Szef idzie mi na rękę i w ramach urlopu, jeśli tylko nie jestem pilnie potrzebna, mogę wychodzić dwie godziny wcześniej. Dzisiaj jestem potrzebna, więc nie wyjdę.

"Urlop" Gadotaty powoli się kończy. Szkoda, bo razem z Gadusią stanowią team doskonały - ach, gdyby każde dziecko mogło mieć takiego tatę! Tata ma anielską cierpliwość i niespożyte siły. Spacerują, bawią się, szaleją i czekają na powrót stęsknionej mamy. Zwykle też dzwonią do mamy - Gadusia chodzi sobie ze smarfonem po pokoju i gada do mojego zdjęcia i dzięki trybowi głośnomówiącemu możemy sobie prowadzić trzyosobowe konferencje - pytam tatusia, czy dziecko jadło, dziecko pytam, gdzie jest lampa i jak robi kotek, a dziecko i tata odpowiadają mi podczas swojej wędrówki po pokoju.

Raz czy dwa w tygodniu Gadusia bywa u moich rodziców, aby się nie odzwyczajać i nie tęsknić, kiedy już obydwoje rodzice wrócą do pracy. Podobno malotka dobrze znosi moją nieobecność w te dni, kiedy pracuję do 14.00, ale gorzej, gdy muszę być normalnie do 16.00 - wtedy malusia mnie szuka. Jednak wtedy, kiedy jest u moich rodziców, w ramach przedpołudniowego spaceru odwiedza mnie w pracy. Pomaga mi wówczas przekładać papiery (wiadomo wszakże, że praca biurowa polega na przekładaniu papierów, czyż nie?) i możemy się przez kilka minut poprzytulać.

Fajna z niej dziewczynka. Już nie chodzi, tylko biega. Tańczy, jak tylko usłyszy pierwsze takty muzyki. Kocha zwierzęta i wodę.

Rośnie.

Tagi: praca
12:22, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (1) »
środa, 05 sierpnia 2015

Pamiętam sprzed kilku lat ogłoszenie, które pojawiło się na osiedlu moich rodziców. Dotyczyło ono zaginięcia ulubionego pluszaka małej dziewczynki - już nie pamiętam, czy była to zeberka czy inna żyrafka, ale wiem, że na dołączonym zdjęciu widniała wyświechtana, wymęczona i wyśliniona kupa pluszu ;)

Mój chrześniak podobnie wymęczył swojego najlepszego przyjaciela - pluszowego kotka. Oj, jakim nieszczęściem było opuszczenie domu bez tego delikwenta!

Synek mojego szefa wpada w rozpacz, kiedy zapodzieje się jego ukochana pieluszka.

Ciekawa byłam czy i co obierze sobie za przyjaciela moja mała Gadusia. Myślałam, że może będzie to kocyk i wszędzie będzie za sobą ciągać dizajnerski kocyk w czaszki od la millou ;) Albo że wybierze sobie ikeowskiego wilka, który pożarł babcię :P No i dowiedziałam się szybko, bo cel został namierzony dobre pół roku temu! Gadusia, która smoczka nigdy mieć nie chciała, przysposobiła sobie KITI. Kiti pojawił się w naszym domu nagle i niespodziewanie - przywiózł go naszej córeczce jej wujek. Kiti jest najzwyklejszym, tanim, ikeowskim królikiem, który posiada wspaniałe, długie uszy, które cudownie się żuje przed zaśnięciem!


Imię nadała mu osobiście moja mała panna - to jedno z pierwszych słów, które nauczyła się mówić. Początkowo opisywało ono koty i tego jednego, jedynego pluszowego królika, jednak z biegiem czasu to ewoluowało i o ile TEN Kiti to wciąż Kiti, to jednak inne pluszaki również tym mianem bywają zaszczycone, a koty to teraz Kiti Miau. Ten Kiti jest jednak jedynym pluszakiem w jej potężnych zasobach, który wywołuje wręcz ekstazę.

Od miesięcy nie ma mowy o śnie bez Kiti, dlatego my też mamy już swojego wyświechtańca domowego ;) Mimo ciągłego prania (zwykle Gadusia porywa go zaraz z suszarki, więc królik nawet nie może wyschnąć w spokoju), Kiti ma już pomarańczowe, zmechacone uszy. Kitiego córuś moja zażywa przed każdą drzemką, szuka go, jeśli przebudzi się w trakcie, jego imię wymienia zaraz po przebudzeniu.

Od niedawna bez Kitiego nie można wyjść z domu. Kiti jest Gadusi towarzyszem podróży, powiernikiem najskrytszych sekretów i najlepszym przyjacielem. Kiedy wieczorem daję jej butelkę z mlekiem, Gadusia pamięta, żeby na chwilę przyłożyć ją do króliczego pyszczka, bo i Kiti musi przecież jeść. Kiedy rozdaje buziaczki mamie i tacie, nigdy nie zapomina o Kitim - jest i całus dla pluszowego kicajka.

Dzisiaj do naszej rodziny dołączył Kiti-klon. Jak dobrze, że ikea jest powszechna i tania - dzięki temu, że Gadusia umiłowała sobie zabawkę właśnie z tego sklepu, bez trudu mogliśmy nabyć Kiti zapasowego. Teraz jeden się suszy, a drugi śpi z Gadusią. I nie ma obawy, że jeśli Kiti zgubi się na spacerze, to nastąpi koniec świata. W domu już czeka Kiti-klon!


wtorek, 28 lipca 2015

Pracę mam specyficzną i bywa, że kończę około północy, aby następnego dnia, o ósmej rano, zameldować się w biurze. I ostatnio, kiedy po takim maratonie zamarudziłam, że padam z niewyspania, koleżanka z pracy zdziwiła się, bo przecież północ to nie tak znowu późno, a żeby być w pracy o ósmej, to wystarczy wstać godzinę wcześniej.

Koleżanka nie ma dzieci ;)

Koleżanka nie wie, że moja Gadusia śpi max do szóstej, a odkąd wróciłam do pracy, notorycznie budzi się w nocy (ostatniej nocy trzy razy, w tym jedna pobudka z histerycznym płaczem, więc uspokajanie zajęło nam godzinę i wymagało odpalenia suszarki, a następnie o 5.40 córuś moja córuś postanowiła już wstać).

Jestem zombie. Nie ja jedna, bo w pracy nas, rodziców małych dzieci, jest troje. Czyli trzy zombiaki, które bez coli (ja i kolega) lub kawy (koleżanka) nie są w stanie funkcjonować. Czwarta jest pani, która swoją trójkę już odchowała i teraz marzy o wnukach i stara się nas - zombiaków zrozumieć, natomiast pozostała trójka to bezdzietni, którym rodzicielstwo wydaje się wakacjami :D

Zombiakiem jest mój mąż, który od kilku tygodni realizuje się rodzicielsko i w czasie, gdy ja jestem w pracy, zajmuje się naszą hiperaktywną Gadusią. Kiedy wracam z pracy, Gadotat jest ledwie żywy, Gadusia zaś tryska energią. Na Gadotatę spadł obowiązek usypiania Gadusi, kiedy ja jestem wieczorem w pracy. I jest to obowiązek ciężki, gdyż Gadusia wcześniej zasypiała tylko i wyłącznie ze mną. Zdarza się więc, że gdy z pracy wracam, malutka na mnie czeka i nie śpi. Zdarza się, że z relacji esemesowych dowiaduję się, że Gadusia zmęczona płaczem zasnęła o 22.00. W takie noce Gadusia budzi się jeszcze więcej i wówczas ma przemożną ochotę spędzenia ze mną czasu. Aktywnie. Jeśli ja nie podejmę wyzwania, to Gadusia gotowa wpaść w histerię. Tak, jak ostatniej nocy (wczoraj właśnie Gadusia czekała ze spaniem na mój powrót z pracy i pewnie stąd te późniejsze liczne pobudki).

Jestem więc wiecznie niewyspanym zombiakiem. Ale mam najlepszą córeczkę pod słońcem.

wtorek, 21 lipca 2015

Matka wróciła do pracy i od kilku tygodni za dobrze nawet nie wie, jak się nazywa. Roboty od groma, a na domiar tego moja praca ma taki charakter, że łikędy wolne bywają rzadko. Nowy szef stara się być sprawiedliwy, więc nie ściąga mnie na wszystkie łikędowo-wieczorne wydarzenia, ale jednak czasem trzeba. W najbliższy weekend na ten przykład pracuję w piątek wieczór i w niedzielę, ale mam wolną sobotę. Ufff!

W łikędy są więc wydarzenia, a w tygodniu przygotowywanie ich, a także nadrabianie zaległości z roku - moja robota w dużej mierze leżała i kwiczała, a jedna z koleżanek z pracy rozstała się z nami kilka dni temu zostawiając za sobą potężny bajzel. Czasu jest więc mało - staram się wychodzić z pracy wcześniej (szef idzie na rękę, bo w końcu należy mi się wolne za łikęd, a na cały dzień w najbliższych tygodniach nie ma szansy), jednak Gadusi mam za mało. Rano staram się ogarnąć siebie i ją, tulimy się, a potem Gadunia robi "pa pa" i ruszam do pracy moim postrachem szos rocznik 1998, a popołudniu mój malec czeka na mnie na drodze pod domem i szeroko się uśmiecha, domagając się całusów i spaceru do psa sąsiadów ;)

Gadusia chodzi. Coraz więcej mówi - trochę po swojemu, ale można się dogadać - przecież wiadomo, że jeśli mówi "mama, nana, haha, kiti" to znaczy, że chce, żebym wyszła z nią na pole (tak, pole), do pieska i małego kotka od sąsiadów. Umie pieska zawołać - cmoka na niego przepięknie. Z pola często przynosi lyje - szyszki, więc gromadzę je na ozdoby bożonarodzeniowe. Niech będzie jakiś pożytek. Woda to leje. Leje na polu deszcz, leje woda z kranu, basenik pod domem też leje.

Zębów nie ma.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11