Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
wtorek, 14 lipca 2015

Do powstania tego wpisu zainspirowała mnie moja praca - tak, praca zainspirowała mnie w kwestii okołodziecięcej. Otóż, jak już kiedyś wspomniałam, zawodowo zajmuję się organizowaniem imprez kulturalnych. Czasem jest to kultura wysoka (mamy za kilka tygodni duży festiwal muzyki poważnej), a czasem jest przaśnie. Przaśnie było w miniony weekend, kiedy robiliśmy koncert disco polo. Koncert plenerowy, niebiletowany. Niedzielne popołudnie, przepiękna lipcowa pogoda. Czyli tłumy. W tłumie dziesiątki dzieci. Znajoma z trzytygodniowym maluszkiem. Kilkoro dzieci nieco starszych, ale jeszcze gondolowych. Pod sceną biegające półtoraroczne-dwuletnie maluchy. Bez ochraniaczy słuchu, w tłumie podchmielonych jegomości, którzy odwagę do podscenicznych tańców nabyli w pobliskim ogródku piwnym. Dzieci śpiące w odstawionych z boku wózkach, podczas gdy rodzice spędzają czas z przyjaciółmi.

Ja wiem, rodzicielstwo nie ogranicza, a przynajmniej nie powinno. Ale, do jasnej cholery, szanujcie swoje dzieci i chrońcie ich uszy. Jakoś na dużych plenerówkach rockowych, na których bywałam wieeeeele razy, wszystkie dzieci biegały w nausznikach, rodzice z maluchami nie podchodzili pod scenę, tylko zajmowali wygodne pozycje gdzieś na obrzeżach. Nie przeszkadzało im to w czerpaniu przyjemności z pobytu na koncercie. Znajomą od noworodka zagadałam w związku z ich obecnością i dowiedziałam się, że małemu hałas nie przeszkadza, a starsza (dwulatka!) bardzo chciała iść. Ja wiem, że noworodek jest w stanie zasnąć niemal w każdych warunkach. Ale wiem też, jak czuje się dorosła osoba, która wiele godzin spędzi tuż przy kolumnach. Noworodek, a nawet dwulatka, nie powinny znajdować się tak blisko sprzętu nagłaśniającego, bo wierzcie mi, że ten, którym dysponuje mój kolega-akustyk, moc ma potężną.

Jeśli dwu-, trzy-, czy czterolatek chce potańczyć na koncercie, to dlaczego nie zaopatrzyć go w nauszniki? Jeśli nie ma w domu typowo dziecięcych, to idę o zakład, że tata czy dziadek ma ochronniki słuchu, których używa podczas koszenia. Może przynajmniej spróbować to maluchowi założyć, a nóż widelec nie będą aż tak wielkie. Żeby potem nie okazało się, że chociaż w szpitalu, na WOŚPowskim sprzęcie, zbadali, że noworodek słychy doskonale, to jednak z biegiem czasu pojawił się niemały problem...

środa, 08 lipca 2015

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy spotkałam się z określeniem HIGH NEED BABY. Nie wiem, czy było to jeszcze w ciąży, czy może w pierwszych tygodniach życia Gadusi, kiedy szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO ONA WCIĄŻ PŁACZE? Poznaliśmy jednak to określenie i poczytaliśmy o cechach HNB. Teraz, po ponad roku doświadczeń, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że Gadusia jest HNB.

Cechy High Need Baby:

  1. Intensywne reakcje
  2. Hiperaktywność
  3. Częste karmienia
  4. Częste pobudki
  5. Niezadowolenie
  6. Wrażliwość
  7. Wymagania

Mój mąż kilka lat temu zetknął się zawodowo z niezwykle inteligentną dziewczynką. I tak jak inteligentna, tak krnąbrna była. I właśnie o takiej córce marzyliśmy, ze świadomością, że krnąbrne dziecko da rodzicom w pióra, jednak w przyszłości będzie mu łatwiej w życiu. No i mamy krnąbrną Łasicę łobuziarę, która nie ma czasu jeść, nie ma czasu spać. Gadusię, która przeżywa!

Gadusia od samego początku była hiperaktywna. Nawet najmniejsza zwłoka w podaniu mleka powodowała napad gigantycznej histerii. Tak było, gdy miała dwa dni, tak jest teraz, gdy ma rok. Chociaż jest dzieckiem pogodnym, w histerie wpada często. Krzyczy. Płacze tak, że aż się zachodzi. Przebieranie, przewijanie, obcinanie paznokci czy mycie włosów traktuje jako zamach na swoją suwerenność. I krzyczy. Wierzga. Ucieka. Po to, aby po sekundzie śmiać się i aby śladem minionej histerii pozostały tylko spływające po policzkach łzy.

Gadusia nie była karmiona piersią, ale wbrew temu, co sądzi się powszechnie o karmieniu butelką, nie wyglądało ani nie wygląda to u nas tak, że dziecko przysysało się do butelki i po kilku chwilach była ona pusta. Nie. Gadusia zwykła pić po 30 ml mleka i butelkę wyrzucać. A kwadrans później wpadać w histerię, bo brzuszek pusty. Nigdy też nie zaakceptowała smoczka, bo ewidentnie wkurzało ją, że on udaje podajnik z jedzeniem, a nim nie jest. Jedzenie siedząc w krzesełku jest dla mięczaków! Gadusia podczas jedzenia odbywa wędrówki po pokoju. Powinnam karmić ją w krzesełku, nawet jeśli ona nie chce? I tak nie zje, a przy okazji wpadnie w histerię.

Sen Gadusi to jest mój koszmar. Nocami jest nieźle, bo zasypia w miarę spokojnie i w miarę spokojnie śpi, jednak wszystko to ze wspomaganiem - biały szum naszym przyjacielem. Koszmarem jest sen w dzień. Kiedy drzemek było 3-4, to trwały one po 15-20 minut. A usypianie na nie 40. Teraz śpi dłużej, bo około godziny, ale za to bardzo często budzi się wkurzona. A wkurzona Gadusia wpada w histerię.

Nie wiem, co to znaczy dziecko śpiące w wózku. Nigdy nie mieliśmy okazji werandować Gadusi, bo werandowany wózek się przecież nie rusza. Przez pierwsze trzy miesiące Gadusia była non stop na rękach moich bądź Gadotaty. Po trzech miesiącach zaczęła spędzać czas również na podłodze, ale nigdy nie zainteresowała jej mata edukacyjna, nigdy na tej podłodze nie była sama. Gadusia wymagała asysty non stop. Non stop ktoś z nią musiał siedzieć na podłodze. Nawet wtedy, kiedy już zaczęła raczkować. Raczkowaliśmy razem z nią. Nie ma mowy o odłożeniu do kojca. Nie ma mowy o siedzeniu na fotelu, kiedy ona się bawi. Gadusia wymaga ciągłej asysty. Jeśli tej asysty nie dostanie, to wpadnie w histerię. Gadusia wkurza się podczas jazdy samochodem, bo fotelik odbiera jej wolność. Ona chciałaby wędrować. Zabrać Gadusię z festynu dla dzieci nie sposób. Nawet, jeśli to pora drzemki. Nie i już.

Wbrew temu, co słyszałam i co czytałam na forach, urlop macierzyński nie był dla mnie okresem czytania stosów książek. Tym bardziej nie był dla mnie urlopem. Nie przesiadywałam z wózkiem w parku chłonąc przyrodę. Moja córka musi być non stop w ruchu. Jeśli tramwaj w postaci nosiciela tudzież wózek się zatrzyma, to mój dzieć głośno protestuje.

Fajna jest. Hiperaktywna, wymagająca, wyczerpująca nawet. Ale fajna. Niesamowicie inteligentna z niej bestia. Córeczka idealna.



wtorek, 30 czerwca 2015

Wczoraj wieczór znalazłam na fb wiadomość od Kosmetomamy, która zapraszała do udziału w swojej akcji SŁOŃCE BEZ CZERNIAKA. O ile ideę smarowania się filtrami i unikania ekspozycji na słońce popieram w 100%, to jednak o chemii wiem mniej więcej tyle, ile o biologii, czyli generalnie niewiele, więc co i jak działa wypowiadać się nie będę. Wierzę mądrzejszym ode mnie, którzy wybadali, że słońce może zrobić więcej krzywdy niż pożytku i tyle mi wystarczy. A klasę biologiczno-chemiczną skończyłam... (Bo w moim roczniku humana nie było, a biol-chem miał rozszerzony niemiecki).

Nie znam się, więc się wypowiem!

Otóż! Zanim Gaduchna na świat przyszła, poczytałam sobie bloga Sroki. Poczytałam i filtr zakupiłam i w nosie miałam, że młoda osłonięta w gondoli, że spacery wieczorami, że coś tam jeszcze. Urodziła się w czerwcu, więc smarowałam ją przed każdym wyjściem - na wieczorny spacer, na antykolkową przejażdżkę autem - wszakże promienie słoneczne przenikają przez szyby! Smaruję ją również w tym roku. Moja mama została wyposażona w filtry i smaruje małą, kiedy wychodzi z nią w ciągu dnia. Próbujemy zakładać jej na głowę kapelusze czy czapeczki z daszkiem, ale namiętnie je wyrzuca, toteż korzystamy z parasolki do wózka. Młoda dostała w prezencie okulary przeciwsłoneczne, ale: 1. są na nią za duże; 2. nie da sobie ich założyć; 3. nawet, jakby dała, to nie jestem przekonana, czy takie marketowe okulary to najlepsze rozwiązanie dla dziecięcych oczek. Oczywiście staramy się wychodzić tylko rano i wieczorem, ale że Gadusia ciągle chce "nana", to jest to trudne, więc ratują nas drzewa w ogrodzie.

Sama daję dobry przykład - smaruję się filtrami, noszę porządne ciemne okulary z filtrem, kupione u optyka, a nie na straganie, nigdy nie opalałam się (chociaż opalona bywałam), ani słońcem naturalnym, ani tym z solarium. Nawet samoopalaczami się nie smaruję, bo lubię moją alabastrową (ależ to pięknie brzmi!) skórę!

Drodzy rodzice - chrońcie skórę swoich dzieci. Chrońcie też własną, bo te dzieci potrzebują rodziców.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Pochwaliłam się wczoraj na fejsbuku Dorocie z I ROCK, że Gadotat zrobił u nich małe zamówienie. Przed godziną Dorota zadzwoniła, aby ugadać szczegóły tegoż i zdradziłam jej, że jeszcze w ciąży miałam u nich upatrzoną koszulkę, jednak bałam się, że mój gigantyczny brzuch się w niej nie zmieści, więc ostatecznie zakupu nie dokonałam. Dorota zapewniła mnie, że z pewnością byłoby inaczej i stwierdziła, że może za drugim razem, po czym zreflektowała się, że pisałam przecież, że drugiego nie będzie. No i właśnie...

Zanim zaszłam w ciążę zakładałam, że drugie będzie za 4-6 lat. Potem nastała moja koszmarna, przerzygana ciąża, a potem były KOLKI. Definitywnie stwierdziłam wówczas, że fabryka zamknięta i wkurzały mnie komentarze, że ona taka ładna i fajna, że tak się nam udała, więc pora pomyśleć o drugim. A figa! Nie wierzyłam mojej mamie, która opowiadała mi, że podobnie miała po moim bracie (też patologia ciąży, też wymagające dziecko), po czym przyszła jej chęć na drugie i stoczyła walkę, aby mieć mnie - młodszą od brata o cztery lata.

Gdy Gadusia miała miesiąc czy dwa, odwiedzili nas przyjaciele, którzy mają córeczkę starszą od Gadusi o 4 miesiące. Koleżanka, autorka bloga przySTAŃ BLISKOści, zaraz wzięła naszą małą w objęcia i powiedziała, że tęskni za takim maluszkiem. A my zazdrościliśmy im, że ich córcia już taka duża, że już można się z nią komunikować, że nie ma kolek i że położona na kocu uśmiechała się i rozglądała po pokoju, a oni chcieli mieć takiego wrzaskuna jak nasz Gad! Na mnie ten spokój, który cechował M. już w pierwszych chwilach macierzyństwa spłynął dopiero niedawno.

I razem z tym spokojem spłynęła ochota na drugie dziecko.

Wciąż chcę różnicę nie mniejszą niż 4 lata. Wciąż przeraża mnie, że "obciążenie dziedziczne" uczyni mnie matką bliźniąt, więc nie będzie drugiego, tylko drugie i trzecie. A może i czwarte, bo trojaczki też się w genealogii trafiły...

Wciąż podpuszczam Gadotatę tekstami typu: "A druga też musi mieć słowiańskie imię, czy pójdziemy w innym kierunku?", "A drugiej damy Bogna czy Wanda? Dla chłopca podoba Ci się Sambor, czy zostajemy przy Bronku lub Włodku?". A Gadotat cierpliwie odpowiada: "Jednego nie ogarniamy, to jak my damy sobie radę z kolejnym?" I ma rację. On zwykle ma rację, a ja jestem popertaną emocją ;)

Póki co to tylko ochotka, a do realizacji tejże droga jeszcze dłuuuga. Gadotat ochoty jeszcze nie ma (i dobrze, wściek macicy u faceta byłby niepokojący...), a i moja ginka zachwycona pomysłem drugiej ciąży nie byłaby. Przeraża mnie, okrutnie nawet, świadomość, że w następnej ciąży znów leżałabym w szpitalu, a córuchna moja musiałaby tęsknić. Boję się, że znów czułabym się jak kupa i nie miałabym siły i chęci, aby zajmować się moją małą królewną. Boję się, że moja alergia znów zagrażałaby życiu mojego dzidziusia. Przeraża mnie myśl, że znów przez trzy miesiące przegrywalibyśmy walkę z kolkami.

Kusi mnie myśl, że byłoby ich dwie. Albo dwoje.

piątek, 26 czerwca 2015

Roczny Gad prezentów otrzymała mnóstwo! Część była konsultowana z nami - rodzicami, część natomiast była dla nas i przede wszystkim dla niej, miłym zaskoczeniem.

 

Od nas Gadusia dostała wielką pakę klocków drewnianych. Już od jakiegoś czasu wykazuje duże zainteresowanie klockami, a dotąd miała tylko plastikowe i gumowe, postanowiliśmy ją więc wyposażyć w drewniane. Do prezentu dołączyliśmy też coś, co w tej chwili nie jest dla małej specjalnie atrakcyjne, jednak w przyszłości będzie dla niej pamiątką - kolejną fotoksiążkę dokumentującą minione miesiące. No i w pudle znalazło się też coś praktycznego, co bardziej cieszy nas niż ją, ale wierzę, że będzie Gadusi dobrze służyć - kocyk bambusowy na lato. Do kompletu dobraliśmy poduszeczkę, a drugą poduszeczkę, w zupełnie innym wzorze dokupiłam z myślą o wyjazdach do babci. Największą frajdę małej sprawiło rozpakowywanie pudła, do którego zdołała nawet cała wejść!

 

Od pozostałych gości dostała całe mnóstwo pięknych podarunków. Wśród nich znalazła się zjeżdżalnia, która w przyszłości będzie mogła służyć również jako wejście do basenu ogrodowego, a póki co jest celem każdego wyjścia do ogrodu, pchacz-jeździk, który furorę zrobił gigantyczną i nie mogłam Gadusi od niego oderwać i codziennie rano daje mi on pół godziny na doprowadzenie się do stanu używalności publicznej, ogromny zestaw klocków gumowych, które fajnie pasują do tych, które miała już wcześniej, kilka pluszaków i ... jej pierwszy laptop. Oczywiście plastikowy ;) Było też sporo ciuszków i co najważniejsze - wszystkie trafione, a ja w kwestii odziewania Gadusi jestem dość czepliwa ;)

Chrzestna przeszła samą siebie, bo oprócz pięknej książki i stałej wkładki (pamiętaj, następnym razem dopiero na komunię, jeśli już!), zainspirowana tym wpisem, kupiła Gadusi świetne ochraniacze na uszka. I już może moja malotka asystować tatusiowi w bębniarni! Już może malotka jechać na swój pierwszy koncert z rodzicami!

Gadusia dostała też trochę gotówki, która przeznaczona zostanie zapewne na zakup namiotu TIPI. Miałyśmy z moją mamą ambitny plan, aby uszyć tipi, jednak po analizie kosztów doszłam do wniosku, że wygodniej i niewiele drożej będzie kupić, zwłaszcza, że moja mama objęła już pełnoetatową opiekę nad Gadusią... Tipi będzie nam służyć w ogrodzie, a jesienią trafi do pokoju i Gadusia będzie mieć swoją bazę!

wtorek, 23 czerwca 2015

Gadusia urodziła się 23 czerwca 2014 r. o godz. 9.22. Minął rok, więc awansuje z niemowlinki na małą dziewczynkę. Małą dziewczynkę urody niezwykłej!

Roczny Gad:

- Wagi urodzeniowej NIE potroiła. Urodziła się z wagą 3090 g, teraz dobija nareszcie do ośmiu kilogramów.

- Zęby ma, ale tylko w planach. Buzia pusta. I ta buzia się nigdy nie zamyka - Gadusia gada jak najęta. To po matce matki ma ;)

- Wciąż ma niebieskie oczy. Nie po matce, bo ta ma piwne. Nie po ojcu - ten ma zielone. Po babci z taty strony. A karnację ma chyba po moim tacie, czyli wychodzą jakieś tatarskie korzenie ;)

- Tańczy. Śpiewa. Podryguje. Po swojemu, ale bardzo chętnie.

- Coraz więcej kroczków stawia samodzielnie.

- Doskonale nawiązuje kontakt z otoczeniem. Uwielbia inne dzieci, lubi dorosłych. Do każdego się śmieje i zagaduje po swojemu. Uśmiechy rozdaje na lewo i prawo.

- Jest wielkim kotolubem. Kocha nasze domowe kotki, uwielbia koty spotykane na spacerach. Bezbłędnie rozpoznaje kiti na swoich bluzeczkach.

 

 

Mama roczniaka:

- Mam poczucie, że już całkowicie odzyskałam siebie, tzn. mam czas na makijaż, na zdobienie paznokci i fryzury; nie boję się usiąść za kierownicą, kiedy mam w aucie dziecko; jestem w stanie funkcjonować tak, jak funkcjonowałam kiedy jeszcze nie byłam matką. Różnica tylko w tym, że teraz nią jestem!

- Praktycznie wróciło moje ciało. Waga wprawdzie wskazuje wynik wyższy, niż przed ciążą, jednak biorę poprawkę na to, że przed ciążą nie posiadałam mięśni. Noszenie dziecka jednak mięśnie mi wyrobiło. Wchodzę wszakże w bojówki w rozmiarze xs, zakupione pi razy drzwi 10 lat temu.

- Ślad po cesarce jest wciąż baaaardzo wyraźny. Widocznie taka już moja uroda. Mój mąż ma bardzo wyraźną bliznę, która jest pamiątką wydarzenia sprzed 25 lat, więc pasujemy do siebie ;)

- Rozstępy poznikały (miałam tylko kilka na udach i na brzuchu. Powstały na sam koniec ciąży, bo po trafieniu na patologię ciąży odechciało mi się wszelkie smarowanie i dbanie o swój wygląd...).

- Po raz pierwszy w życiu jestem opalona. Dość mocno. Obydwie jesteśmy, mimo smarowania się wysokimi filtrami. Spędzanie całych dni na polu (tak, na polu, bo my Małopolanki jesteśmy) dało taki, a nie inny skutek. Młoda opalona ładnie, bo ona generalnie ma ciemniejszą karnację, ja zaś jestem mocno wzorzysta.

- Hormony wreszcie wróciły do normy, a dzięki temu mnie łatwiej panować nad nerwami i nie męczy mnie czas spędzony z aktywnym dzieckiem.

- Nie sądziłam, że to możliwe, ale kocham mojego męża jeszcze mocniej.

 

Impreza już była. Świętowaliśmy w minioną sobotę, bo chciałam zrobić roczek przed moim poniedziałkowym powrotem do pracy. Goście dopisali świetnie. Pogoda była nieco mniej świetna, więc zamiast grilla zrobiliśmy grilla z posiadówką w domu ;) Plan na motyw przewodni mi się troszkę rypnął, gdyż wszystko miało być czerwone w białe i czarne grochy, jednak sukienka Gadusi, w tej właśnie kolorystyce, okazała się za cienka na sobotnią pogodę. Kiecka była więc inna, ale balony i serwetki były według planu.

niedziela, 14 czerwca 2015

Gadusia jest coraz większa, a ja z każdym dniem z coraz większą pewnością mogę mówić, że spełniam się w macierzyństwie. Za kilka dni będę się też ponownie spełniać zawodowo (co mnie w tym momencie przede wszystkim PRZERAŻA).

Brakuje mi tylko muzyki. Muzyki na żywo. Mam potrzebę się wyskakać. Mam potrzebę założyć glany i obrożę. Mam ochotę zarobić pod sceną kilka siniaków i zedrzeć gardło wydzierając się wraz z tłumem.

We wrześniu 2013 byliśmy na Krashfeście i była to ostatnia duża impreza, w której uczestniczyłam. Potem był jeszcze jakiś punkowy koncert w październiku, w pierwszych dniach Gadziego wzrastania we mnie.

A potem kicha...

W grudniu miałam być na jubileuszu zaprzyjaźnionej kapeli, ale rzygałam. Potem wiosną był koncert mojego ukochanego Leniwca i wtedy akurat czułam się w miarę znośnie, ale koncert odbywał się w knajpie, do której bałam się wejść z gigantycznym brzuchem.

W czerwcu urodził się Gad. Się Dzieje Fest się szczęśliwie w ubiegłym roku nie odbył, bo pewnie organizatorzy wiedzieli, że jestem w połogu i nie przyjadę ;) A przecież co roku, od pierwszej edycji, jeździliśmy w stałym gronie: ja, mój mąż i moja bratowa. Czasem towarzyszył nam mój brat, czasem brat bratowej, czasem jakiś kumpel. Co roku załapywałyśmy się z bratową na relację z imprezy - to z pewnością dlatego, że jesteśmy takie ładne i wszyscy chcą nas filmować i fotografować ;) Co roku obiecywaliśmy sobie z Gadotatą, że za kilka lat przyjedziemy z dzieckiem.

A teraz Gad ma już rok. Pragnę koncertu. Nie jestem świnią i męża wysyłam na imprezy, jeśli jest jakaś okazja, a sama kwitnę w domu. Youtube próbuje ratować sytuację, ale to za mało. Zawodowo będę uczestniczyć w "imprezach rozrywkowych" niemal co tydzień, jednak to nie to samo - gwiazdy pokroju Eneja czy innego Donatana, nie są dla mnie atrakcyjne.

Ja chcę punkopolo!

Pora zaopatrzyć Gadusię w słuchawki i rozpocząć edukację muzyczną! Dziecko w chustę i pod scenę! (Muszę się nauczyć wiązać na plecach ;) ).

 

A w tym clipie mnie widać.

czwartek, 11 czerwca 2015

W bieżącym tygodniu dwukrotnie usłyszałam "Och, jaki ładny chłopiec". Znów. Poprzednie razy były jednak w innych strojach - dziecko bywało okutane w jakieś czapy (zwykle czarną lub granatową), kurtki czy inne kombiaki (kombiaki akurat dziewczęce miała, ale kurtkę nosiła po kuzynie).

Teraz dziecko jest już duże i IMO wygląda na dziewczynkę. No bo kim, jeśli nie dziewczynką, jest istota odziana w fioletowe buciki, dżinsowe szorty z kwiecistymi wstawkami i w opasce z kwiatkiem? I jak często widuje się chłopców w różowych butkach z pomponami, różowych szortach z falbankami i w bluzeczkach z bufiastymi rękawami? A takie właśnie stroje miała w TE DNI. Zrozumiałabym, gdyby komentarz pojawił się, kiedy mała śmigała w którejś ze swoich czarnych/szarych koszulek z logo kapeli, a do tego miała jakieś ciemne leginsy i trampki, ale moje dziecko było akurat ZARÓŻOWIONE! A róż podobno jest zarezerwowany dla dziewczynek?

Że kolczyków nie ma? Że włosy wstążką nie przewiązane?

Zastanawia mnie, na podstawie czego otoczenie określa płeć dzieci? Przyjaciółka opowiadała mi, że jej niemal zawsze różowa córka (mała ma starszą siostrę, która dba o jej garderobę ;) ), notorycznie brana była za chłopca. Pomogły dopiero kucyki, jednak u Gadusi kucyków jeszcze chwilę nie będzie, bo chociaż włosków ma całkiem sporo i nawet każdy rośnie w innym kierunku, to jednak wciąż są za krótkie, aby z ich udziałem konstruować zmyślne fryzury. Jakiekolwiek fryzury. Ja, kiedy nie umiem rozpoznać, czy lokator wózka to chłopiec, dziewczynka, a może kotek czy inna wiewiórka, to pytam o imię. Imię przeważnie wskazuje na płeć. To bardzo pomocne - polecam. W ten sposób do Piotrusia nie powiemy, że śliczna z niego dziewczynka, a Kamilka nie usłyszy, że jak na chłopca to też jest niczego sobie.

Przysięgam, że jeśli jeszcze raz jakaś zaglądaczka dowózkowa powie: "No bo tak chłopięco wygląda" odpowiem jej "PANI TEŻ"!

środa, 03 czerwca 2015

Jestem matką, która katuje znajomych zdjęciami swojego dziecka.

 

Od tego wyznania zacznę. Bo wiem, że tych zdjęć jest dużo. Za dużo. Wiem, że nie każdy chce je oglądać. Wiem, że mogłyby trafić w niepowołane ręce.

Dlatego też nie dodaję "kompromitujących" zdjęć mojej córki. Nie ma na fb zdjęcia Gada w kąpieli, Gada na nocniku ani Gada prosto z brzucha. Ale jest zdjęcie, które dodałam niespełna godzinę po porodzie - już z ładnie umytym dzidziorem zapakowanym w szpitalny becik. Jest zdjęcie "gastronomiczne", zrobione podczas któregoś z pierwszych stałych posiłków, są zdjęcia dokumentujące kolejne osiągnięcia naszej ślicznej córeczki. Nasi znajomi wiedzą już, że nasza ruda kocica lubi spać z Gadem, wiedzą, że Gad uwielbia huśtawki i wiedzą, że polubiła spacery wózkowe. Wiedzą, bo widzieli na zdjęciach. Widzieli, bo tymi zdjęciami walimy po oczach.

Praktycznie nie ma tygodnia, żeby któreś z nas, ja czy Gadotat, nie wrzuciło na fb zdjęcia naszej Łasicy. I, co gorsza, nie są to śliczne, pozowane, profesjonalne zdjęcia. W 90% są to zdjęcia trzaskane smartfonem. Marzy mi się sesja, podczas której Gad, wystrojona w śliczną sukienkę z falbankami będzie pięknie pozować i nie zdąży się wybrudzić. Może kiedyś. Teraz leży obok, przytulona do swojego "kiti" i nie mogę, no nie mogę nie zrobić jej zdjęcia. Jest taka słodka!

A tych zdjęć tak wiele, bo obydwoje mamy przemożną potrzebę dzielenia się naszym szczęściem. Ona jest cudowna, każdego dnia inna: coraz mądrzejsza, coraz ładniejsza i coraz sprytniejsza. A my coraz szczęśliwsi.

niedziela, 31 maja 2015

Swoje zdanie na ten temat miałam od dawna i Gadotat był w tej kwestii dokładnie uświadomiony - nie życzyłam sobie jego asysty przy porodzie. Czy on przy porodzie być chce, mało mnie szczerze mówiąc obchodziło, bo to moje ciało, mój ból i moje wydzieliny. Nie chodziło mi o to, że ma mnie widzieć zawsze piękną i pełną blasku (bo tak nie jest, w ciągu tych nastu lat razem widywał mnie w różnym stanie wszakże), a o to, że zwyczajnie chcę mieć przynajmniej taką sferę prywatną (nie wyobrażam sobie wizyt u znajomego lekarza [żadnej specjalności], nie mam "zaprzyjaźnionej" kosmetyczki i nie będę mieć męża przy porodzie).

Chodziłam jednak w ciąży na "grube baby" (zamiast szkoły rodzenia miałam spotkania z położną, które nazwałam sobie "grube baby", bo wszystkie uczestniczki jakiegoś takiego wielkiego brzuchola miały :D ) i tam usilnie namawiano nas do porodów rodzinnych. Od znajomych słyszałam i w ciąży i wcześniej komentarze: "O, ja mojemu jasno powiedziałam - ma być przy porodzie i patrzeć, jak cierpię", niektóre żałowały koleżanek: "Kryśki chłop to chyba jej nie kocha, albo nie wierzy, że Nikolka to jego dziecko, bo nie był przy porodzie", "Zosia ma przekichane ze swoim facetem - odwracał głowę, gdy wyciągali Oliwierka! Ciota nie facet!". Na moje stwierdzenia, że ja męża przy porodzie nie chcę, one odpowiadały, że tak mówię, bo z pewnością to ON nie chce przy tym być.

A ja męża przy porodzie mieć nie chciałam. Kategorycznie. I inne kobiety pukały się w głowę. Mówiły, że widocznie słaba jest moja więź z Gadotatą, skoro nie chcę, żeby był ze mną w tym ważnym momencie. Że skoro był przy poczęciu, to powinien być i przy porodzie.

A figa!

To JA decyduję, czy ojciec mojego dziecka ma być ze mną przy porodzie, czy nie. Nikt inny. Niech inni stanowią o sobie. Niech inni oceniają stan swoich związków. Mnie w zupełności wystarcza, że był przy poczęciu i jest przy wychowywaniu.

Był moment, gdzieś tak około siódmego miesiąca, że zaczęłam rozważać opcję "wpuszczenia" męża na etap "mam skurcze, ale jeszcze jest nudno". Zakładałam, że na etapie "widzę główkę" opuści lokal i grzecznie poczeka za drzwiami. Szczęśliwie jednak, dla całej naszej rodziny, już niedługo potem dowiedziałam się, że będę mieć cesarkę i opcja porodu rodzinnego odpadła. Uff...

Mój mąż wspierał mnie, kiedy już wystrojona w szpitalną koszulę czekałam na podanie znieczulenia i był na korytarzu, kiedy pocerowaną przewozili mnie na salę pooperacyjną. Pielęgnował moją ranę. Wspierał mnie, kiedy dopadł mnie baby blues. Wiem, że w całym tym okresie towarzyszył mu potężny strach - najpierw o mnie, potem też o maleńką. Starał się tego nie okazywać, ale wiem, że bał się, że nasze serca odmówią posłuszeństwa i którejś z nas nie będzie. Widziałam jego ulgę, kiedy zobaczył mnie żywą. Widziałam jego zaangażowanie, gdy po raz setny dopytywał neonatologa, czy z małą na pewno wszystko dobrze i czy nie będzie konsekwencji przyjmowanych przeze mnie w ciąży leków i późniejszego niedotlenienia Gada. 

Gdybym miała mieć drugie dziecko i gdybym z jakiegoś powodu nie była cięta, to nadal, kategorycznie, nie chcę mieć męża przy porodzie. Chociaż kocham go nad życie. Chociaż on i nasza córka stanowią cały mój świat.

Był, jest i będzie (jestem tego pewna!) najlepszym partnerem na świecie. Jest najcudowniejszym tatą na świecie. Jeśli nie zmieni sobie towarzyszki życia, to nigdy nie będzie przy porodzie. (No OK, w sumie odbierał koci poród, więc chyba można mu zaliczyć!)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11