Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
piątek, 29 maja 2015

Czas biegnie jak szalony i nieubłaganie zbliża się czas mojego powrotu do pracy. Zaprząta to moje myśli od dłuższego czasu. Boję się, jak to będzie, bo od prawie roku najdłuższa rozłąka z moim dzieckiem trwała 3 godziny.

Gdy odchodziłam z pracy, najpierw na chorobowe, a potem na macierzyński i rodzicielski, miałam poczucie pewnej stabilności. Od pięciu lat w tej samej firmie, z umową na stałe i perspektywą rozwoju. Znana byłam ze swojej solidności, więc sądziłam, że awans, na który pracuję, a który miałam w perspektywie dwóch-trzech lat mnie nie ominie. Wierzyłam, że żyję w cywilizowanym świecie i nie ważne będą moje poglądy polityczne czy sytuacja życiowa. Sytuacja jednak wymknęła się spod kontroli. Okazało się, że podczas mojej nieobecności pojawił się wakat, z myślą o którym skończyłam stosowne studia etc. Jednak wszystko załatwiono zza kulis i wakat przypadł osobie, która kompetencji do objęcia go nie posiada. Stanowisko przepadło. Łez wylałam dużo, bo awans wiązał się i z pewnym prestiżem i z istotnym zwiększeniem pensji i co ważne dla młodej matki - lepszymi godzinami pracy.

Okazało się jednak, że oczekuje się ode mnie, że po powrocie obowiązki "awansowanego" pełnić będę ja, gdyż on jest "merytorycznie słaby", natomiast prestiż i pieniądze pozostaną przy nim. Sądziłam, że to dlatego, że ja jestem kobietą, a oni facetami i że to z tego powodu zostałam tak "wykolegowana". Że to faceci bezczelnie się panoszą i podporządkowują sobie kobiety. Z tego też powodu, kilka tygodni temu, kiedy ten tekst powstawał (siedział sobie w schowku do tej pory), nadałam mu tytuł "Światem rządzi penis". Tytuł jednak uległ rozszerzeniu, kiedy dotarło do mnie, jak wiele zła innym kobietom czynią inne kobiety. Kobiety być może skrzywdzone, bo wychowane w totalnym patriarchacie i nie potrafiące poza nim funkcjonować. Kobiety, które same się godzą na to podporządkowanie. Kobiety, które tego podporządkowania oczekują i dlatego spod skrzydeł ojca wędrują pod skrzydła męża. Kobiety, które być może uważają się za istoty zbyt słabe, aby samostanowić o sobie. Niedawno znajoma, młoda, wykształcona dziewczyna, wypowiadała się na temat równouprawnienia i wprost oświadczyła, iż jest mu przeciwna. Jak mówiła "w domu porządek ma ustalać ojciec", a "kobiety mają wspierać mężczyzn". Skoro więc inne kobiety strzelają takiego gola do własnej bramki, to trudno oczekiwać, że mężczyźni będą nas traktować poważnie. Z takim podejściem nigdy nie będzie dobrze. Nigdy nie będzie sprawiedliwie. Po co sprawiedliwość, jeśli nawet strona uciśniona jej nie chce...

środa, 27 maja 2015

Mój pierwszy Dzień Matki. Od wielu, wielu lat marzyłam, żeby było to moje święto!

Rok temu tego dnia leżałam na patologii ciąży. A ściślej rzecz ujmując, 26 maja ze szpitala już wyszłam i zastałam w domu naszą koteczkę z dwoma kociętami, co było o tyle zaskakujące, że mąż wiedział, że urodziła wieczorem 24 maja jednego kociaka i taki stan utrzymywał się przez półtora doby. Aż urodziła kociego bliźniaka :) Jakby specjalnie czekała na mój powrót do domu - wszakże nasze pierwsze ciąże przechodziłyśmy razem!

Rok temu w Dzień Matki byłam cztery tygodnie przed porodem. Byłam wielka, obolała i zmęczona ciążą. Miałam głowę pełną planów i teorii prosto z internetu. Teorie niektóre okazały się słuszne, a inne o kant dupy rozbić ;) Tak to już zwykle z teoriami bywa.

Bo co mi z teorii i chęci, jeśli dziecko ma kolki i przez kilka miesięcy nie schodzi z rąk? Co mi z teorii i chęci, jak nie mam pokarmu, za to mam baby bluesa? Co mi z teorii i chęci, jeśli każde dziecko jest inne i moje nijak nie chce spać całymi dniami, chociaż przecież jest noworodkiem, a noworodki śpią nawet podczas jedzenia?

Każde dziecko jest inne. Moje jest wyjątkowe. Jedyne. Najwspanialsze. Idealne.

 

I co z tego, że płakała ciągle przez pierwsze trzy miesiące?

Co z tego, że ja płakałam tyle samo, o ile nie dłużej?

Co z tego, że przez osiem miesięcy spała tylko bujana?

Co z tego, że nigdy nie można jej było zostawić na dłużej niż 10 sekund samej, bo po tym czasie włącza się syrena alarmowa?

Co z tego, że krzyczała w wózku?

Co z tego, że na ostatnim koncercie byłam we wrześniu 2013 i nie wiem, kiedy wybiorę się ponownie?

Co z tego, że nie mam czasu wyregulować brwi i zafarbować włosów?

Co z tego, że w życiu mojego męża jest inna kobieta? Nic z tego, bo i w moim życiu jest ONA.

 

Ona jest najlepsza. Jest moja. Wymarzona. Wyśniona. Upragniona. Wyczekiwana.

 

Chciałabym, żeby wszystkie dzieci były wymarzone. Niestety, zostałam ostatnio sprowadzona na ziemię - niektóre dzieci są efektem zimnej kalkulacji i potrzebą spełnienia obowiązku. A dla ich rodziców moja postawa - czyli marzenie o dziecku - jest dziwna, niestosowna i egoistyczna.

piątek, 22 maja 2015

Własny pokój to coś, o czym zawsze marzyłam, a nigdy nie było dane mi go mieć - 48 m kw. i cztery osoby na pokładzie, więc opcji własnego pokoju nie było. Dla Gada jednak własny pokój MUSZĘ mieć. Teoretyczne też taka opcja jest możliwa, bo jest nas troje, a metraż większy. Pytanie tylko KIEDY?

Dysponujemy dwoma pokojami, toteż oczywistym dla nas było, że nasza obecna sypialnia, która naturalnie ewoluowała w sypialnię całej trójki, docelowo zostanie pokojem Gada, a koleżanki będą jej zazdrościć garderoby, która jest w pakiecie z pokojem ;) Planowaliśmy, że zmiana nastąpi około roczku. Roczek już za miesiąc, a ja od dawna gromadzę w komputerze zdjęcia - inspiracje, planuję co, gdzie i jak - głównie w zakresie drugiego pokoju, który miałby stać się naszą sypialnią, naszym salonem i domowym biurem mojego męża.

Roczek się zbliża, a plany osobnego pokoju dla Gada odsuwają się coraz dalej i dalej. W lutym zrobiliśmy remont drugiego pokoju, ale wcale nie przenieśliśmy tam łóżka. Nie planujemy też tego na najbliższą przyszłość. Nie wyobrażam sobie, że moja mała królewna miałaby spać tak daleko ode mnie!

Jest nam dobrze tak, jak jest - śpimy w trójkę - młoda na dostawce, kopie mnie z jednej strony, a z drugiej strony kopie mnie jej tata (on twierdzi, że to ja się rozpycham!). W drugim pokoju mamy natomiast dzienny plac zabaw. Powoli zaczynam kombinować, że w takiej konfiguracji możemy mieszkać jeszcze rok czy dwa. Tym bardziej, że nawet teraz, kiedy Gad śpi, nie potrafię wyjść  na dłużej z sypialni, mimo tego, że włączyłam nianię i monitor oddechu.

Nie odpępowili nas chyba przy tej mojej cesarce należycie ;)

 

poniedziałek, 18 maja 2015

"Jaka to już duża dziewczynka! A nasz A. taki się mądry zrobił, tak ładne już mówi! Pani, on już wszystko powie! A ta mała mówi już co?" - zagadnęła mnie podczas dzisiejszego spaceru sąsiadka rodziców.

Zgodnie z prawdą odparłam, że mówi głównie "mama", "baba" i "kiti". Sąsiadka skwitowała: "Tak, nie wszystkie dzieci mówią tyle, co nasz A."

 

Moja córka w czerwcu skończy rok. A. w czerwcu skończy trzy lata. Zaiste, relacja w sam raz do porównywania :D

sobota, 16 maja 2015

Wychowana zostałam w rodzinie, gdzie przeklinało się tylko w sytuacjach uzasadnionych (tu powinnam zapewne napisać, jakie to sytuacje uzasadnione, więc proszę: cytaty na ten przykład).  Nie używa się w mojej rodzinie niepotrzebnych wulgaryzmów i odnosi do innych członków rodziny z szacunkiem. Podobnie jest w rodzinie mojego męża.

Czasem "zderzałam" się z innym światem, światem ludzi, którzy zdania bez "kurwy" za chuja nie są w stanie skonstruować. Nie pierdolę! (Miałam w tym klimacie dokończyć ten akapit, ale nie umiem. Wybaczcie). Pracują ze mną dwie osoby (kobiety!), które tak właśnie mówią. I chociaż stara już ze mnie baba, to żenuje mnie, gdy jedna opowiada o swoim zwierzaku, o wdzięcznym imieniu "Pinda". Wstyd mi, gdy jedna z nich, nie skrępowana obecnością młodziutkiego kolegi z pracy, opowiada, jak po porodzie gniło jej krocze. Wstyd mi, gdy jedna z nich opowiada o okolicznościach swoich kolejnych zapłodnień. Moja najlepsza przyjaciółka potrafiła do swoich rodziców mówić z chwilach wzburzenia (a choleryczka z niej straszna) "chuj ci w dupę", ale szczęśliwie zmądrzała, gdy sama została mamą i teraz jest bardziej poprawna.

Ale pal sześć - moja córka z nimi nie będzie mieć do czynienia (z przyjaciółką ma, ale ona już tak nie mówi). Gorzej, że podobnie odzywa się jedna z mam wózkowych, z którymi czasem spotykam się na spacerach. Póki co moja córeczka jest malutka i mam nadzieję, że nie chłonie takiego słownictwa, jednak dzieci będą dorastać. Nawet, jeśli mnie się uda odseparować córkę od tamtej mamy, to jednak nasze dzieci będą miały ze sobą kontakt, a dla jej progenitury takie słownictwo zapewne będzie normalne... A ja nie chcę, żeby młoda mówiła, że potrzebuje się "wysrać" lub "wyszczać", nie akceptuję słowa "cipa" jako określenie żeńskich narządów płciowych i nie życzę sobie, żeby moje dziecko za naturalne uważało publiczne rozmowy o sprawach intymnych (nie dlatego, że taka purytańska jestem, tylko dlatego, że sprawy intymne są INTYMNE).

Oprócz tego, że nasza rodzina nie używa wulgaryzmów, nie "dziamdziamy" do dziecka. Podobno tak jest lepiej, ale u nas wynika to raczej z tego, że naturalnie nie mamy takiej potrzeby. Ja czasem młodą "dubbinguję", czasem mówię też o sobie w trzeciej osobie, ale nie ma u nas określeń typu "papu", "nyny" , czy co tam jeszcze. A wiele obcych osób zwraca się do małej właśnie z użyciem tychże. Znajoma zagaduje mi dziecko, że już pora iść "ajci", a dziecko patrzy jak sroka w gnat, bo nie wie, co ta baba gada ;) Dla mnie to jest niepotrzebne ogłupianie dziecka, bo jeśli będzie miała potrzebę sobie coś uprościć, to zrobi to sama - tak, jak poradziła sobie z kotem, który w jej języku nosi miano "kiti".

wtorek, 12 maja 2015

Kolejny wpis z serii: "Nie planowałam, ale życie sprowokowało". Bo i nie planowałam pisać o fotelikach, bo żaden ze mnie ekspert - wiedzę czerpię z internetu i od znajomego "krawężnika", który w drogówce pracuje od ośmiu lat.

Dzisiaj jednak zostałam "uświadomiona", że wożę dziecko w złym foteliku i dlatego mała nie lubi jazdy samochodem i w nim krzyczy. Uświadamiała mnie matka niezbyt długiego dziesięciomiesięczniaka, który wagę 9 kg osiągnął właśnie w tych dniach, a w foteliku następnym jeździ już od bodajże dwóch miesięcy. Znajoma ta dzisiaj wyraziła dezaprobatę, że takie duże dziecko jak Gad (dłuższa od jej synka, waga ok. 7,6 kg) wożę wciąż w "nosidełku". A wozić tak będę jeszcze przynajmniej dwa miesiące, bo jest mało prawdopodobne, że wagę 9 kg mała osiągnie wcześniej. Zdaniem znajomej przewożę dziecko niebezpiecznie i niezgodnie z przepisami (!), bo z fotelika wystają jej nóżki. Prawda. Wystają i to dużo. Ale główka ma jeszcze sporo miejsca, a to główka nie może wystawać poza obrys fotelika. Próbowałam jej to wytłumaczyć, ale nie uwierzyła.

Innym razem w rozmowie z nią, kiedy i jej dziecko jeździło jeszcze w nosidle, zeszło na ceny fotelików. Jako doświadczona matka (ma starsze dziecko), przekonywała mnie, że nie warto wydawać pieniędzy na drogie foteliki, bo to wszystko to samo. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Obecnie wozimy Gada w Maxi Cosi CabrioFix i jesteśmy z tego fotelika bardzo zadowoleni. Na pierwszy rzut oka wygląda o stokroć solidniej od tańszych nosideł, które niejednokrotnie widywałam np. w przychodni. Fotelik jest większy, bardziej zabudowany. Sądzę też, że istotnie cięższy, bo nigdy nie byłam w stanie przerzucić go sobie na ręce niczym torebeczkę,  a widziałam, że inne dziewczyny tak noszą.

Miałam o fotelikach nie pisać, bo chociaż znam argumenty za wożeniem dziecka tyłem do kierunku jazdy jak najdłużej, nie zdecydowaliśmy się na zakup takiego fotelika z następnej kategorii wagowej. Zapewne, gdyby moje dziecko wyrosło z nosidła w wieku np. siedmiu miesięcy, to taki fotelik zakupilibyśmy, jednak od dawna zdawaliśmy sobie sprawę, że przesiadka nastąpi około roczku (najwcześniej). W międzyczasie Gad znienawidziła jazdę w samochodzie, bo dość, że tyłem i razi ją słońce przez szybę w bagażniku, to jeszcze nic nie widzi przez okno. Zdecydowaliśmy, że kupimy fotelik średniej klasy, przeznaczony do jazdy przodem. Średniej klasy, bo nie wchodziły w grę foteliki typu 4baby czy caretero. Średniej klasy, bo jednak nie stać nas na fotelik za 1600 zł, a około tyle kosztują foteliki przeznaczone do jazdy tyłem. Na Gada czeka już zakupiony okazyjnie fotelik Maxi Cosi Tobi.

Młoda już sobie w nim w domu posiedziała i fakt, nie tonie w nim, jednak uważam, że skoro producent zaleca go dla dzieci powyżej 9 kg, to czymś to musi być podyktowane. Jakoś przetrwamy jej krzyki, zanim do niego dorośnie, a w razie (tfu tfu) wypadku, mamy pewność, że mała jeździ w foteliku dla niej bezpiecznym.

poniedziałek, 11 maja 2015

Unia Europejska "daje" kasę, więc miasta, miasteczka i wsie masowo się modernizują, czy jak kto woli "rewitalizują". Powstają rozmaite skwerki papieskie i ronda prezydenckie, a mimo to w tych miasteczkach dalej żyć ciężko. Bo chyba nie o placyki Żołnierzy Wyklętych chodzi, bo nie tam funkcjonują dzieci...

Chodniki. Albo ich nie ma, albo są krzywe, albo krawężniki takie, że pokonać je z wózkiem nie sposób. Ogromnie współczuję osobom, które na wózkach poruszają się na stałe i nie towarzyszy im ktoś, kto wózek popcha, podniesie gdy trzeba etc. Mistrzostwem świata są również nagle urywające się chodniki. Urywają się, bo zabrakło kostki, ktoś wykradł płyty chodnikowe, a może zwyczajnie zabrakło komuś pomyślunku.

Zrobili nam deptak nad rzeką. No super. Dwa czy trzy kilometry kostki, nawet równej i wygodnej do jazdy. Super. Tylko ławki po drodze nie ma, więc nie można sobie przysiąść, aby chłonąć przyrodę. Nie ma też żadnego oświetlenia. Jest chodnik, a z jednej strony rzeka i drzewa, z drugiej zarośnięte łąki i tory kolejowe. Piękna okolica...

Schody. Wszędzie schody. W mojej durnej mieścinie tak zmodernizowali park, że tylko jedna alejka jest przejezdna wózkiem czy rowerem. Schodów w tymże parku jest natomiast zatrzęsienie. I dziwią się nasze władze kochane, że młode rodziny nie spędzają w nim czasu. A przecież w parku jeszcze piękny plac zabaw zbudowali!

Plac zabaw... Czyli piaskownica i pojedyncza zjeżdżalnia. Zero huśtawek, zero drabinek. Zero jakiegokolwiek pomysłu, bo chociaż plac w parku, to w jego obrębie nie rośnie ani jedno drzewko czy krzew, które chroniłyby przed nadmiernym słońcem.

Jest jeszcze jeden plac. Nie miejski, a osiedlowy, ale uzurpuję sobie prawo do korzystania z niego, bo z tego osiedla się wywodzę. Gdy byłam dzieckiem, na naszym osiedlu, które liczy ok. 150 mieszkań, były trzy placyki zabaw, a gdzieniegdzie były pojedyncze, dodatkowe, huśtawki.

Teraz plac jest jeden. Zmodernizowany. Zabrali stare huśtawki, przywieźli trzy nowe (w tym jedną niemowlęcą). Zabrali karuzelę, zabrali bujaki i drabinki. Na placu jest może 10 zabawek, a dzieci chętnych do korzystania spora gromada, bo mieszkańcy bloków doczekali się wnuków, w części mieszkań zamieszkały nowe rodziny z dziećmi, a i są dzieci z innych części miasta, które przychodzą się pobawić, bo miasto nie oferuje nic lepszego.

Dziecko całego życia z matką w domu nie spędzi, bo matka mogłaby od tego albo umrzeć z głodu (jeśliby kasy z pracy nie miała), albo zwariować (jeśliby kontaktu z innymi dorosłymi nie miała), albo, nie daj Bóg, osiwieć (w obydwu powyższych sytuacjach). Toteż matka chciałaby potomka do placówki posłać. W mojej gminie matka dziecka do żłoba nie pośle, albowiem żłobków tu nie ma. Ani pół. Ani ćwierci nawet. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że jak za kilka tygodni wrócę do pracy, to moja córka trafi pod skrzydła mojej mamy, jednak nie wszyscy mają takie szczęście, bo moja mama jest tylko jedna. Prawdę mówiąc, nawet, gdyby moja mama nie mogła się zająć młodą, a żłobki u nas istniały, to i tak nie dałabym tam dziecka, bo serce by mi pękło, no ale może ktoś chciałby. Ale nie da, bo nie ma.

Gdy byłam dzieckiem, w miasteczku były dwa przedszkola - jedno duże, do którego chodziłam, które wciąż istnieje i do którego mam nadzieję za dwa lata posłać córkę, i drugie, malutkie, dla dzieci z innej części miasta. Teraz to drugie nie istnieje, a byłoby potrzebne, bo miejsc w gminnym jest o wiele za mało. Jest ich tak mało, że w ubiegłym roku jedynym trzylatkiem przyjętym do przedszkola była córeczka mojej przyjaciółki. Udało im się, bo jest dzieckiem samotnej matki i dla niej miejsce musiało się znaleźć. Cała reszta jej rówieśników nie miała się gdzie podziać.

środa, 06 maja 2015

Czasem spacerujemy wspólnie z wózkowymi kumplami mojego Gada. Najczęściej jest to chłopiec, młodszy od niej o równe 4 tygodnie, którego mama pochodzi z tego osiedla co ja, więc znamy się od dzieciństwa. Zdarzyło się już kilkakrotnie, że dzieciaki w wózkach obok siebie łapały się za rączki, więc atmosfera jest bardzo przyjazna, żeby nie powiedzieć, że romantyczna wręcz ;)

Chłopiec ten, zdaniem jego mamy, nie lubi być w wózku zapięty. Rozumiem, zdaję sobie sprawę, że to może być prawda - moja młoda też lubi strzelić focha o byle co. Ale to nie powód, żeby młodego nie przypinać... A jednak. On przypinany nie jest.

Widzę, że często po osiedlu wozi go starszy, siedmioletni brat. Niejednokrotnie widziałam, że nawet biegał z wózkiem. A w wózku młody, nie zapięty, oparty tylko o pałąk.

Wczoraj mama chłopców poprosiła mnie, żebym została z nimi pod sklepem, żeby nie musiała ciągnąć młodego, a ja się oczywiście zgodziłam. Gadaliśmy sobie ze starszym o szkole, zastanawiał się, czy dzieciaki będą się za kilka lat przyjaźnić - ot, gadka dla zabicia czasu. Gadowi też się nudziło, więc wyjęłam ją, wzięłam na ręce i wtem słyszę:

"Ciocia, pomóż szybko! On wstał, a ja nie dam rady go podnieść!" Maluch wstał w wózku. Starszy podtrzymywał go, próbując blokować mu nóżki, żeby braciszek nie wypadł. Miałam moja małą na rękach, więc nie mogłam zareagować natychmiast - musiałam najpierw ją bezpiecznie odłożyć do wózka. Szczęśliwie zdążyłam, ale starszy brat zdążył się nieźle wystraszyć. Oczywiście o wszystkim powiedzieliśmy ich mamie, która sekundę później wyszła ze sklepu, a ona pokręciła tylko głową i pojechała dalej. Młody pozostał nie zapięty...

A gdyby mały jednak wypadł, gdyby starszemu nie udało się go przytrzymać? Kto byłby za to odpowiedzialny? Zdaniem matki zapewne znajoma, z którą zostawiła dziecko, bo przecież miała pilnować... Ale to MATKA nie zapięła. A to MATKA ma OBOWIĄZEK zadbać o bezpieczeństwo dziecka...

wtorek, 05 maja 2015

Kilka dni temu spotkałam w sklepie koleżankę, która ma dzieci nieco starsze od mojego. W pewnym momencie powiedziałam, że muszę się zbierać, bo zbliża się pora drzemki Gada. Koleżanka zdziwiona, że muszę w tym celu jechać do domu: "To jak ty ją usypiasz, jeśli nie w wózku?"

 

Dzisiaj siedzę u rodziców. Sama, bo pojechali coś załatwić. Godzina 9.30. Usypiam małą, wtedy dzwoni telefon (stacjonarny, więc nie spacyfikowałam go uprzednio). Znajoma mamy. Mówię, że usypiam Gada i słyszę: "Nie za wcześnie?" I dalej: "Taki słoneczny dzień, czemu nie wsadzisz jej do wózka, żeby pospała na świeżym powietrzu?"

 

Gratuluję wszystkim, że tak dobrze wiedzą jak i kiedy powinnam usypiać dziecko. Ja, tępa matka, wiedzy tej tajemnej widocznie jeszcze nie posiadłam.

 

niedziela, 03 maja 2015

Dlaczego obce osoby czują się uprawnione do zaczepiania mojego dziecka jadącego w wózku? Dlaczego inni lepiej ode mnie (i od niej) wiedzą, kiedy jest jej zimno? Dlaczego ludzie w przypływie sympatii (?) do niemowlaka łapią go za nóżki i za policzki? A później komentarze: "Oj, coś dzidzia nie w humorze dzisiaj..." Nie, humor był świetny. Aż przyszła obca baba, wytarmosiła, nachuchała i przestraszyła.

Jak Gad się urodziła, to wszyscy czuli się kompetentni do analizowania sposobu jej karmienia. Dobrem publicznym były wówczas moje bezmleczne cycki, dobrem publicznym stała się również ta mała istota, która z nich nie korzystała. 

Od jakiegoś czasu ciągle słyszymy: "O, teraz takie małe to fajne, a zobaczycie, jak podrośnie i da wam popalić". A my swoje wiemy - odkąd minęły kolki, to my prawie wakacje mamy, pomimo tego, że nasze dziecko do spolegliwych nie należy i zdecydowanie rośnie nam w domu high need baby. Ale opinia publiczna wie lepiej - młoda wkrótce zrobi się beznadziejna i będziemy mieć jej dość. Bo tak. Bo inni tak mieli.

Kiedy dzieje się coś nie po myśli mojej córki, ona często szybko wpada w histerię. Okropną. Nie żartuję - to nie jest marudzenie, nie jest to nawet płacz. To jest koniec świata. Dziecko krzyczy, prawie się zachodzi. I co? Wkracza OBCY. Obcy garnie się, żeby wziąć od nas dziecko i je uspokoić. Bo ma doświadczenie. Bo swoje dzieci tak uspokajał. Ale to jest NASZE dziecko. Ono się uspokaja u NAS, nie u obcego. Obcy może tylko pogorszyć sytuację, kiedy próbuje zabrać panikujące dziecko z ramion rodzica.

Nie uważam, że mam monopol na prawdę, że wszystko już wiem. Zdaję sobie sprawę, że jestem dopiero na początku drogi, że przed nami jeszcze masa wyzwań i zapewne sporo błędów popełnimy. Jeśli jednak coś budzi moje wątpliwości to PYTAM.

Nie urodziłam lalki, tylko człowieka. Człowieka, który chociaż wciąż bardzo mały, ma prawo do swojej własnej przestrzeni, do której wpuszcza tylko najbliższych.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11