Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
piątek, 24 kwietnia 2015

Na blogach to ostatnio numer 1, więc nie planowałam tego wpisu, aby nie powielać, ale poczytałam przed chwilą gazetowe forum Niemowlę i się zastanowiłam... Okazało się, że nawet na forum, gdzie panuje moda na nieprzegrzewanie itp., dzieci ubierane są solidniej niż moje... Bo dzisiaj Gad na spacer nie została ubrana. Tzn. po domu brykała w leginsach, bodziaku z krótkim i na to w bawełnianej bluzeczce z długim rękawem, a jak wychodziłyśmy na spacer to dołożyłam jej tylko skarpetki, balerinki z pomponem ;) i opaskę. Opaska nie na uszy, tylko do ozdoby. Podobnie jak balerinki z pomponem - strasznie licho się w nich raczkuje.

Ona jest raczej zimnolubna. Mnie natomiast jest wiecznie zimno, a podczas spaceru musiałam zdjąć bluzę, bo było mi gorąco. Dorośli dzisiaj chodzą wyletnieni. Dzieci spotkałyśmy tylko zaczapkowane. I sama nie wiem, może ja ją nazbyt wyletniam? Gila ma do pasa już od tygodnia, ale to chyba kwestia miksu ząbkowanie+alergia, bo nic innego jej nie dolega. Ona czapek nienawidzi, więc zamiast się z nią kopać, odpuszczam i wierzę, że to dla niej dobre. A jeśli jednak nie?

Dzisiaj wyrozbierałam ją AŻ tak po raz pierwszy, bo przeważnie na spacer dostawała bluzę i jeśli słońce jarzyło mocno to kapelusik (nienawidzi), jeśli zaś wiatr piździł (wybaczcie wyrażenie), to opaskę na uszy (jak na zdjęciu powyżej). Dzisiaj nie jarzy, nie piździ, a dziecko chociaż mocno charakterne, to w wózku siedziało zadowolone przez półtora godziny. Umroziłam ją?

sobota, 18 kwietnia 2015

Kilka lat temu byłam świadkiem przekłuwania uszu u trzy lub czteromiesięcznej dziewczynki. Maleńka była bardzo. Płakała na cały salon. Pamiętam, że jej mama oraz kosmetyczka, która "strzelała" do dziecka, argumentowały to tym, że taki maluch nie będzie pamiętać bólu... W mojej rodzinie też bardzo powszechne jest wczesne przekłuwanie uszu dziewczynek, zwykle w wieku ok. ośmiu miesięcy, zdecydowanie tak, żeby na zdjęciach z roczku uszka były zakolczykowane. Koleżanka się swego czasu mocno starła z teściową, kiedy ta się zorientowała, że jej roczna córeczka wciąż nie ma założonych kolczyków, a babcia przecież sprezentowała je na chrzciny...

Kiedy ja byłam dzieckiem, a było to w dalekiej rehistorii, bo mam lat 31, kolczykowanie niemowląt nie było tak powszechne. Sama kolczyków dorobiłam się tuż przed komunią, czyli miałam wówczas 9 lat i przekłuwała mi je pielęgniarka w przychodni. Tradycyjnie, igłą. Chociaż jestem zwiewną leliją mdlejącą, nie mam traumy związanej z zapamiętanym bólem, ani nic z tych rzeczy. Nie przeszkodziło mi to w wieku 17 lat mieć w summie siedem dziurek w uszach - autorami następnych byli znajomi. Wszystkie robione igłą, ale jednak w warunkach domowych. Nigdy nic mi się nie paprało (o ile nie zakładałam kolczyków inne jak srebrne [złotych nie noszę] i mnie nie uczulały).

Gad ma prawie 10 miesięcy. Nie ma kolczyków. Nie będzie mieć ich na roczek. Ani na dwa. Ani nawet na 5 urodziny. Jeśli będzie bardzo chciała nosić kolczyki, to ja, wstrętna matka, skłonna do rozmowy na ten temat będę dopiero, kiedy młoda osiągnie wiek szkolny. I nie będzie nawet dyskusji o przekłuwaniu pistoletem, bo jak dowodzą eksperci, jest to zła metoda.

Dlaczego nie chcę jej zakolczykować już teraz?

Proste, uważam zwyczajne, że jestem TYLKO jej mamą, nie właścicielką i NIE MAM PRAWA ingerować w jej ciało. Nie mam prawa jej wytatuować, nie mam prawa jej zakolczykować. To jej ciało, to ona o nim będzie decydować i to ona musi być na tyle duża, żeby sobie zdawać sprawę z ewentualnych konsekwencji.

piątek, 17 kwietnia 2015

Jestem leniwa - nie ukrywam tego, wręcz przeciwnie, o przejawach mojego macierzyńskiego lenistwa traktuje ten blog. Pisałam już, że miałam ambitny plan używać pieluch wielorazowych, ale z planów nici, bo nawet noworodkowe pieluchy były na moje chude dziecko za duże i nas wkurzały. Zestaw dla starszaka czeka i być może latem do nich wrócę. Być może...

Pisałam też, że dziecko mam hiperaktywne i bardzo energiczne. W związku z tym już od dłuższego czasu przewijanie młodej to sport ekstremalny (a przypominam, że ona dopiero skończy 10 miechów!). Po sikaniu jest przewijana niemalże w powietrzu, jednak po poważniejszej sprawie nie było to takie proste, bo trzeba tyłek ogarnąć. A dziecko ucieka... Jeśli miałam kogoś pod ręką, to ten ktoś angażowany był w zabawianie Gada, jeśli zaś byłam sama, to w ruch szedł telefon lub tablet. Wiem, że bardzo to pedagogiczne i w ogóle...

Ponieważ sprawa poważna rozgrywa się o stałej porze, zaczęłam rozważać temat nocnikowania Gada. Pokolenie dziadków przyklasnęło. Koleżanki dzieciate (z jednym wyjątkiem) pukały się w głowy. Internety grzmiały: nie nocnikować, dopóki dziecko samo nie zacznie zgłaszać potrzeb. Skoro więc internety mają taką opinię, to niech internety przewijają moje dziecko...

Zaczęliśmy rozważać, jaki nocnik kupić. Gadotat chciał dla małej księżniczki grający tron na siki i kupę, ale ja postawiłam na najtańszy nocnik z ikei, wychodząc z założenia, że wybajerzony kibelek dla małolatów zawsze można dokupić później. I taki tanioch został zakupiony, albowiem jak twierdzi mój mąż, ja jestem osobą decyzyjną ;)

Gad została na kibelku z ikei posadzona w gatkach, na próbę. Dokładnie go zbadała. Po zejściu przymierzyła, czy dobrze leży na głowie. Sprawdziła, ile siły należy włożyć, aby nim rzucić. Następnego dnia została posadzona w porze stosownej, czyli w porze sprawy poważnej już bez pieluchy. I udało się. Nie miała wtedy jeszcze dziewięciu miesięcy skończonych. Obecnie, po ok. miesiącu, rano ewidentnie na nocnik czeka i coraz częściej poranne siusiu również w nim ląduje. W ciągu dnia młodej nie wysadzam, bo przewijać w powietrzu mogę, więc tutaj nie mam tak silnej motywacji.

Nie zmuszam jej do siedzenia na nocniku. Przeważnie odbywa się to tak, że rano ściągam jej piżamkę i pieluchę, sadzam na nocnik, zaczynam ubierać jej świeżego bodziaka i zwykle zanim skończę to robić, jest już po sprawie.

czwartek, 16 kwietnia 2015

W czasie ciąży lubiliśmy sobie z mężem pożartować, jakie to zajęcia będzie mieć Gad, kiedy tylko trochę podrośnie - ja wymyślałam karate, bo kiedy byłam dzieckiem nie miałam takiej możliwości, Gadotat mówił o szkole muzycznej, bo muzyka to jego największa pasja i (nie)spełniona miłość. Dziadkowie dodawali od siebie: że nauczą jeździć na nartach i pływać na żaglówce, że będą odprowadzać na lekcje tańca itd. W planach zajęć dodatkowych miało być tyle, że tydzień byłby zdecydowanie zbyt krótki. I zaczynać się miały oczywiście już w wieku przedszkolnym, albo i wcześniej! To oczywiście były żarty i nie zamierzamy projektować przyszłości naszego dziecka. Czasem jednak wciąż w ten sposób żartujemy, bo np. Gad fika kończynami na wszystkie strony i jest niesamowicie sprawna fizycznie, więc na karate się nadaje jak ta lala, a taty gitara to jedna z najlepszych zabawek. Dodatkowo ostatnio mąż wyciągnął z czeluści pokoju komputerowego swojego starego keyboarda i młoda dostała go do zabawy - najczęściej gra przy użyciu odnóży. Ciuchów marynarskich ma sporo (bo świetnie jej w granacie, toteż korzystamy z obecnej mody), więc dziadek zaciera ręce i planuje rejs. Ale to wszystko to totalnie tak bez spiny. Jak jej się spodoba, to za kilka lat każe się zapisać na odpowiednie zajęcia. Jeśli nie będzie miała ochoty, to powie "spieprzaj, matka, sama idź na karate, ja idę na balet, a  potem z chłopakami w nogę kopać!". Albo jakoś inaczej, bo ona nie będzie przeklinać. Oczywiście.

Niedawno zażartowałam przy znajomej, że Gad już mówi, ale głównie po angielsku - przy zmianie pieluchy pada coś co brzmi jak "ugly", z łóżeczka często słychać "help" ;) Znajoma z entuzjazmem zapytała: "O, już mówicie do niej po angielsku?!" Nie, nie mówimy. I nie zamierzamy, chociaż Gadotat jest z wykształcenia anglistą. Na naukę języków obcych przyjdzie czas, teraz jest pora na naukę mowy w języku ojczystym, na zabawę i na odkrywanie świata. Nie bawiliśmy się w żadne bobomigi, nie uczę niemowlaka liczyć, grać na wiolonczeli ani stepować.

Niesamowicie nas wkurza, kiedy inni pół żartem - pół serio projektują przyszłość naszego dziecka. Bo to, że raczkując po mieszkaniu co chwile znajduje jakiś kabelek i oczywiście zaczyna się nim natychmiast bawić, nie oznacza wcale, że będzie elektrykiem. Oznacza to tylko, że w domu, gdzie komputerów jest więcej niż mieszkańców, gdzie sprzętu muzycznego jest jak dla solidnej kapeli rockowej i przede wszystkim gdzie mieszka dwóch informatyków, na kable nie ma prawa nie natrafić. A może to, że raczkując w naszym pokoju dziennym podchodzi do regału i ściąga z półki potężną Historię sztuki świata oznacza, że zapragnie być historykiem sztuki? A niech będzie, jeśli ma ją to uczynić szczęśliwą! A że taki dupny zawód kasy nie da? To sobie znajdzie partnera z dochodowym zawodem i będzie zużywać jego pieniądze, a co!

Mam to szczęście, że moi rodzice mieli podobne podejście i pozwolili mnie i mojemu bratu na dokonanie WŁASNYCH wyborów. Czy te wybory były słuszne, to już inna sprawa, ale to MY ponosimy ich konsekwencje. Chcę, aby podobny komfort miała moja córka. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie szczęśliwa. Nieważne, jaki zawód będzie wykonywać. Nieważne, gdzie i z kim będzie żyć. Nieważne, czy będzie to facet, czy babka. Moje dziecko będzie szczęśliwe, a ja jej w tym szczęściu nie będę przeszkadzać.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Ponieważ od samego początku karmię Gada sztucznie, mam pewne pojęcie, co warto kupić, a co lepiej o kant dupy rozbić ;) W związku z tym postanowiłam się uzewnętrznić w tym temacie, jednak lojalnie ostrzegam, że wpis będzie długi i dla sporego grona odbiorców nieatrakcyjny. No ale będzie ;)

 

1. Butelki. Wiadomo. Mieliśmy/mamy dużo różnych.

 

 

- Philips Avent Airflex. Aventy są bardzo polecane na forach - wiadomo, avent tani nie jest, więc na reklamę i marketing szeptany kasę mają ;) My nasze aventy - trzy małe i trzy duże - dostaliśmy w spadku po moim chrześniaku i były to moje butelki awaryjne, na wypadek, jakby się karmienie naturalne nie powiodło. Oczywiście smoczki mieliśmy nowe, wszystko ładnie wyparzone. Skoro się więc karmienie naturalne nie udało (czego w tej chwili wcale mi nie żal), aventy poszły w ruch. No i dupy nie urwały, bo miały być niby antykolkowe, a młoda kolki miała (tak jak przy wszystkich innych butelkach i smoczkach). Chrześniak, czyli ich pierwszy właściciel zresztą też miał. Doczytaliśmy się w końcu, że używane butelki to tak nie bardzo (chociaż nasze były zadbane i z pewnego źródła ;) ), więc szybko stwierdziliśmy, że trzeba nam jakieś inne.

Dodam jeszcze, że na forum rówieśniczym zgadałyśmy się z innymi dziewczynami, że butelki aventu się odbarwiają. To chyba faktycznie ich przypadłość, bo i jedna z moich jest łososiowa, a z innymi nic się nie podziało.

A mieliśmy też w zapasie...

- Philips Avent Natural. Mała, jedna sztuka, z paczki od położnej. Niby fajna butelka, ale zupełnie nieekonomiczna - ze smoczkami za dwie dychy to niech się wypchają :P Mój tata pochodzi z miejscowości, która słynie z tego, że do szklanki z herbatą leje się tyle wody, żeby się cukier nie zmieścił, więc sami wiecie... Zanim mała nauczyła się pić z niekapka, używałam tej butelki, do podawania Gadowi wody.

- Tommee Tippee. Dostaliśmy jako gratis przy zakupie wózka - butelkę i niekapek. Strasznie podobał mi się kształt, więc byłam napalona, bo ja wszystko chciałam mieć ładne i dizajnerskie. Zapał minął mi, jak przyszło do mycia tych butelek. Dziękuję, postoję, wolę coś mniej upierdliwego.

Mąż pojechał do apteki i kupił:

- Lovi. I to nasza miłość butelkowa. Potem dokupiliśmy resztę zestawu, żeby nie musieć korzystać z innych. Mamy też butelkę lovi medical, która jest z tworzywa udającego szkło. Butelki są niedrogie, mają tanie smoczki, dobrze się je myje i nie pękają, nawet jeśli hiperaktywny Gad rzuca nimi gdzie popadnie. Pasują do nich ustniki niekapkowe, które można kupić osobno, więc powoli butelki stają się kubkami. Bo uchwyty też można dokupić. I to wszystko za prawie bezcen. Polecam.

- Canpol Babies. Szukałam niedawno butelki większej niż 250 ml, bo Gad na kolację w dobre dni wypija nawet 260-270 ml kaszy manny (ale te dobre dni to nieczęsto, np. teraz jest bunt i setka to max) i moim głównym założeniem miało być, że do butelki ma pasować smoczek od lovi. Lovi takich dużych butelek nie ma, podobnie avent (do zwykłego aventa pasują te same smoczki co do lovi), ale znalazłam to w canpolu, czyli w budżetowej wersji lovi. Uchwyty od lovi też pasują, więc dziecko się samoobsługuje podczas kolacji, a ja mam niezłą, tanią butelkę. Też polecam.

2. Butelki jak już są, to trzeba je umyć. Nie strzelajcie sobie samobója i nie kupujcie szczotki z gąbką na końcu. Wierzcie mi - cholera Was weźmie. Raz kupiłam takie dziadostwo i wciąż myślałam tylko o bakteriach i innych pieroństwach, które się pewnie na tym gnieżdżą, a ja tym butelkę dziecku myję.

3. Sterylizator.

Po chrześniaku mam Aventa do mikrofali. Jedyna butelka z mojej kolekcji, która nie jest z nim kompatybilna to ten canpol, bo jest on za wysoki. Ale kto bogatemu zabroni - wystarczy butelkę pochylić i już się sterylizuje ;)

4. Podgrzewacz do butelek.

Zaraz po moim powrocie ze szpitala, mąż pojechał do sklepu i kupił - padło na podgrzewacz z babyono. Początkowo używaliśmy go cały czas. Potem przypomniałam sobie o istnieniu termosu i to właśnie w termosie mam przygotowany wrzątek, a do dolewek stosuję wodę butelkowaną. Podgrzewacz przydaje się bardzo sporadycznie do podgrzania słoiczka lub soku przecierowego wyjętego z lodówki.

5. Podgrzewacz samochodowy.

Też kupiłam, a jakże. Babyono, bo lubię tę firmę i mieli czarny podgrzewacz. Nie użyłam go zgodnie z przeznaczeniem ani raz. Służy (sporadycznie) jako pokrowiec na butelkę podczas spacerów.

6. Pojemniczki do przechowywania mleka modyfikowanego.

I to jest mój hit. Bardzo praktyczna rzecz, szczególnie gdy tak jak my, funkcjonuje się na dwa domy. My mamy pojemnik z thermobaby. Składa się on z trzech miseczek, które się z sobą łączą i można w zależności od potrzeb brać jedną, dwie lub trzy części na raz. Każda z nich mieści bodajże 10 miarek mleka.

 

Dziękuję za uwagę. Kto doczytał do końca w nagrodę otrzyma order z ziemniaka.

wtorek, 07 kwietnia 2015

Od kilku dni w wolnych chwilach segreguję zdjęcia z ostatniego kwartału i przygotowuję je do wywołania. System kwartalny sprawdza mi się najlepiej, bo malutka tak szybko rośnie i nie chciałabym, żeby coś pozostało tylko w wersji cyfrowej, a każdego dnia robimy Gadowi dziesiątki zdjęć. Uwielbiam papierowe zdjęcia. Z przyjemnością sięgam do albumów, które kryją wspomnienia sprzed 5-10-15 lat. Może moja mała córeczka też to polubi?

Moi rodzice moich zdjęć praktycznie nie mają. Nie, nie dlatego, że mi ich nie robili. Ależ robili, jak najbardziej! Ale większość z nich zagarnęłam ja, do mojej prywatnej kolekcji. Zostały im pojedyncze fotografie, które z jakiegoś powodu wywołane były podwójnie oraz dwa albumy z moich ślubów. Aby się zrehabilitować, teraz regularnie podrzucam im wywołane zdjęcia wnuczki.

Ponieważ chciałabym uniknąć takiej sytuacji, w jakiej postawiłam moich rodziców, kompletuję dwa zestawy Gadzich pamiątek. Dla nas, rodziców, wywołuję zdjęcia i umieszczam je w tradycyjnych albumach, natomiast dla Gada powstają fotoksiążki. Ponadto malutka dostała w prezencie od moich rodziców gotowy album, w którym należy w odpowiednich miejscach wklejać zdjęcia i odnotowywać ważne wydarzenia, co też ja skrupulatnie czynię. Dla siebie na pamiątkę pozostawiłam testy ciążowe, a dla Gada mam bodziaka z napisem BORN 2014. Dla siebie mam zdjęcia z USG, a dla malutkiej buciki z chrztu. Dla siebie pozostawiłam nasze opaski ze szpitala, a na Gada czekają kartki z gratulacjami, które dostaliśmy po jej przyjściu na świat. Z pewnością zachowam jakąś pamiątkę z jej pierwszych urodzin - może będzie to sukienka, a może jakiś element dekoracji? Nie wiem, wiem jednak, że zanim Gad dorośnie do wieku, w którym dziewczynki same zaczynają gromadzić swoje "skarby", będzie miała całkiem sporą kolekcję zebraną przez mamę.

niedziela, 05 kwietnia 2015

Mam niebywałe szczęście - moje dziecko baaardzo wcześnie zaczęło przesypiać noce, co wynika, jak mniemam, z faktu, że od samego początku była karmiona mlekiem modyfikowanym. Jednak te noce są krótkie. I poza tymi nocami snu moje dziecko prawie nie uskutecznia - z drzemkami w ciągu dnia problem był od samego początku, bo już jako noworodek wykazywała bardzo dużo aktywności i spała tylko w chuście, foteliku lub wózku, a gdzieś w wieku około 3 miesięcy ograniczyła się do czterech półgodzinnych drzemek (i wtedy fotelik przestał działać ;) ). 

Sposoby na usypianie wieczorne zmieniają się wraz z wiekiem Gada i np. teraz, kiedy ma 9 miesięcy, usypia w łóżeczku, w tle ma puszczony biały szum, ja ją głaszczę po plecach i młodociana odlatuje. Od kilku dni, kiedy nauczyła się wstawać, muszę ją kłaść 573 razy, bo z uchem zająca w buzi i oczkami przymkniętymi, mały lunatyk wstaje. Normalnie sen nocny Gada trwa od ok. 20 do 5.30. Cały czas z białym szumem. Z nami chodzącymi na palcach, szepczącymi tylko jeśli sytuacja wymaga natychmiastowej komunikacji. Bo Gad w każdej chwili może się zbudzić, a jak się zbudzi, to przed nami minimum dwie godziny aktywności, zanim uda się ją uśpić ponownie. Poprzedniej nocy Gad zasnęła o 21 i obudziła się o 4.20. W ciągu dnia nadrobiła dwoma około godzinnymi drzemkami...

W ciągu dnia Gad znacznie bardziej wymaga wspomagania. O spaniu na spacerze zapomniałyśmy baaardzo dawno temu i w sumie dobrze, bo przy tak aktywnym dziecku potrzebuję choćby pół godziny, aby się móc zająć jakąkolwiek inną sprawą, a jej drzemka na spacerze oznacza, że w domu już nie zaśnie. W dzień Gad zasypia albo trzymana na rękach (i nie daje się odłożyć, bo w momencie zetknięcia z materacem otwiera oczy), albo normalnie w łóżeczku (od kilku tygodni) i te drzemki teraz, kiedy przeszła na dwie dziennie, trwają od 20 minut do godziny. Zawsze musi być zając, a właściwie jego ucho. Musi być szum. Musi panować absolutna cisza. Musi być możliwie najmocniej zaciemniony pokój. Dwa razy zdarzyło nam się, że młoda spała w dzień dwie i pół godziny i o ile przyczyny pierwszego epizodu nie znam, o tyle za drugim razem była to trzydniówka. Takie krótkie drzemki skutkują tym, że faktycznie nie jestem w stanie w ich trakcie niemal nic zrobić i w praktyce wygląda to tak, że podczas drzemki przedpołudniowej przygotowuję posiłek dla małej i potem w biegu ogarniam mieszkanie (czasem zdążę w tym czasie wstawić pranie, innym razem uda mi się tylko przebrać z piżamy w normalne ciuchy). Podczas drzemki popołudniowej jestem zwykle już tak skonana, że zasypiam przy małej, w związku z czym robię NIC.

Nie zdarzyło nam się, żeby Gad zasnęła np. w leżaczku czy na macie podczas zabawy. Na ramieniu zasypiała nam raz i to właśnie podczas trzydniówki, kiedy miała 40 st. gorączki. Nawet zmęczona nie "odleci" bez wspomagania. Odkąd skończyła jakieś pół roku nie zdarzyło się, żeby zasnęła nawet na długim spacerze. Od dwóch miesięcy nie zasypia w chuście. W foteliku samochodowym trzeba ją zabawiać, bo inaczej płacze, bo bujanie kojarzy jej się ze snem, a ona przecież nie chce spać, tylko zwiedzać ;)

Tak, wspominałam już, że mam high need baby. I to dobrze. Tylko trzeba ją wychować i nie zwariować do końca przy tym ;)

A teraz kończę, bo 40 minut po zaśnięciu na noc mały lunatyk próbuje wstać w łóżeczku...

środa, 01 kwietnia 2015

Czytałam kiedyś wątek na bodajże emamie, gdzie niektóre forumki próbowały udowodnić, jak to na patologii ciąży leży się dla przyjemności, gada o szmatach i między badaniami maluje paznokcie. Opowiem więc krótko, co ja na patologii widziałam.

Na oddział trafiłam w 34 tygodniu z tachykardią moją i małej. Aparatura od ktg wciąż piszczała i wyświetlała napis ALARM i lekarze rozważali szybkie zakończenie ciąży, jednak nas udało się stosunkowo szybko ustabilizować i nie było to konieczne. Niektóre z moich towarzyszek tyle szczęścia nie miały...

1. Drugiego dnia mojego pobytu na salę, na której leżałam, przyjęli Kasię. Kasia przyjechała ronić. Leżała na sąsiednim łóżku i wszystkie wiedziałyśmy, że za chwilę się zacznie, bo dostała już leki. Była sama, bo jej mąż został w domu ze starszymi dziećmi. Próbowała spać potem czytać. Co chwilę biegała do łazienki, sprawdzić, czy to już? To był koniec pierwszego trymestru.

2. Ania. Ania leżała na oddziale już od dwóch tygodni i walczyła z bakterią, która zaatakowała jej nerki. Była wówczas w 9 tygodniu ciąży. Z fejsbuka wiem, że dziecko się nie urodziło...

3. Asia. 33 tydzień, cukrzyca ciążowa. Wypisali ją tego samego dnia, co mnie. Dzień później urodziła synka. Miała szczęście, bo chłopca udało się uratować.

4. Magda. Nastolatka, która miała termin dwa tygodnie po mnie. Ciążę chyba długo ukrywała, bo jak trafiła do szpitala, okazało się, że nie ma porobionych żadnych badań. Przy jej łóżku cały czas dyżurował pryszczaty nastolatek, przychodziły koleżanki i mama. Magda sprawiała wrażenie totalnie wyobcowanej, nie reagowała na jakiekolwiek próby kontaktu. W sumie trudno się jej dziwić, bo każda z nas była od niej sporo starsza i dziewczyna nie miałaby z nami ani jednego wspólnego tematu innego niż ciąża, a o ciąży w szpitalu już się czasem gadać nie chciało... Jej nazwisko usłyszałam jeszcze raz, kilka tygodni później. Moja cesarka, zaplanowana na 8 rano, się opóźniała i położne między sobą mówiły, że tego dnia rano przywieźli Magdę B., bez pulsu... W ten sposób się dowiedziałam, że jej dziecka nie udało się uratować :( Magda, na szczęście, nie trafiła na zwykłą salę poporodową i nie musiała leżeć w towarzystwie nas - matek, które miały przywilej wydać na świat żywe dziecko...

 

Tak, na patologii ciąży jest zajebiście wesoło.

wtorek, 31 marca 2015

Media kreują obraz kobiety - matki, która zawsze wygląda perfekcyjnie. W ciąży każda szanująca się kobieta wygląda jak miss świata z leciutko tylko zaokrąglonym brzuszkiem. Ze szpitala młoda matka wybiega na szpileczkach, ze starannie ułożonymi włosami, zrobionymi paznokciami i pełnym makijażem. Tydzień później pokazuje się na oficjalnej gali w opinającej sukience, która świadczy, że po ciąży pozostał tylko pachnący noworodek.

Nigdy nie byłam laską w szpilkach i tym bardziej nie jestem nią dzisiaj.

Gada urodziłam w wieku 29 lat i 360 dni. Czyli na 30. Nigdy nie miałam problemów z nadmierną tuszą, jednak w ciąży przybyło mi 18 czy 19 kg. Dzisiaj, 9 miesięcy później, wciąż jest ze mną 3 z nich. I chociaż znów noszę rozmiar xs, a właściwie to wszystkie moje spodnie to rozmiar 164 z działów młodzieżowych h&m i reserved, brzuszydło mam. Mam i kompletnie nic nie robię, żeby się go pozbyć. Daję szansę zadziałać czasowi ;)

Dlaczego? Mam high need baby. Kiedy moje dziecko śpi, wolę odpocząć, aby mieć siłę na resztę dnia. Pisałam też, że się bardzo nieracjonalnie odżywiam i ponieważ to lubię, to tego nie zmienię. Zresztą tak samo odżywiałam się ważąc 47 kg, a nawet ważąc 42,5 (tyle ważyłam, kiedy zostałam dziewczyną mojego męża). Moja wina, moja bardzo wielka wina.... Wiem, że resztę zrzucę, kiedy przyjdzie pora na powrót do pracy, kiedy dojdzie dodatkowy stres i kiedy siłą rzeczy w ciągu dnia nie będę pić coli (bo w pracy piję tylko wodę).

Internet żyje zdjęciem Rachel Hollis, która niektórych zniesmaczyła, a innym dodała pewności siebie, pokazując swoje ciało po trzech ciążach. Moje ciało jest wprawdzie tylko po jednej ciąży, jednak zdecydowanie późniejszej niż nastoletniej ;) Mój brzuch w ciąży osiągnął monstrualne rozmiary, więc zapewne, nawet jak już się całkiem spłaszczy, skóra nie odzyska dawnej jędrności, chociaż ewidentnie z tygodnia na tydzień wygląda lepiej. Znalazłyby się też ze dwa rozstępy, jednak są już blade, a ja mam bardzo jasną skórę, więc coraz trudniej mi je zlokalizować. Ale cóż, mam 31 lat, nie 18 i nie będę zaklinać rzeczywistości, że jest inaczej. Nie muszę na plaży wyglądać jak nastolatka.

Ale ciąża to nie tylko zmiany w obrębie brzucha. Miałam baaaardzo dużo przebarwień w ciąży. Część z nich mi pozostała. Część znika, kiedy przykryję je makijażem. A maluję się teraz rzadko. O zrobieniu paznokci ciągle zapominam. Farbuję się co pół roku, jak już nie mogę patrzeć w lustro. Włosy noszę związane, bo Gad namiętnie mnie za nie ciągnie, a nie chcę obcinać. Wiem, że w tej kwestii będzie lepiej, kiedy wrócę do pracy. Wtedy będę musiała codziennie się "zrobić".

sobota, 28 marca 2015

 

Antroponimia fascynuje mnie od zawsze. W zamierzchłych czasach przednetowych ;) miałam zeszyt, w którym spisywałam imiona: z kalendarzy, książek telefonicznych, zasłyszane w mediach. Aby gromadzić imiona, zaczęłam grzebać w historii rodzinnej i budować drzewo genealogiczne (obecnie liczy ono bagatelka jakieś 2000 osób).

Potem doszedł internet, więc i stosowne forum, w międzyczasie baaaardzo bogate zbiory, którymi nie pogardziłaby niejedna biblioteka. I plany, jak w przyszłości nazwę dziecko. Wiadomo, do tanga trzeba dwojga, a mój mąż 12 lat temu twierdził, że córka będzie miała na imię Karolina lub Gabrysia, a syn Filip ;) Jednak dość szybko udało mi się go urobić i jego gust ewoluował - najpierw dojrzał do Konstantego, potem sam wymyślił Birutę. Ostatecznie, kiedy już zapadła decyzja, że staramy się o dziecko, w planach byli Teofila lub Bronimir.

Zawsze obawiałam się, że plany planami, ale jak przyjdzie co do czego to stchórzę. Mieszkamy na prowincji. Głębokiej prowincji. Tutaj hardcorem jest nawet Helena, więc bałam się, że ze strachu, jak moja córka będzie odbierana, odważę się co najwyżej na Klarę. Bo prawda jest taka, że aby nadać oryginalne imię, odwagi trzeba trochę mieć. Trzeba się liczyć z komentarzami otoczenia (nie zawsze przychylnymi), z wystawieniem dziecka "na świecznik" - zawsze będzie widoczne - w szkole, w pracy. Nie można się wahać, bo brak pewności rodzica może się odbić na dziecku, które w przyszłości tego imienia będzie się wstydzić. Ponadto podanie np. w internecie tak rzadkiego imienia to w sumie tak, jakby podać pełne dane osobowe ;)

W ciąży okazało się, że Tolę (bo tak miała być zdrabniana nasza Teofila) przestałam "czuć", więc wiadomo było, że jest albo Bronek, albo Dziewczynka o Jakimś Innym Imieniu. Ostatecznie Gad nosi imię słowiańskie, dla którego najświeższe dane pochodzą z 1994 roku, kiedy to nosiły je w całej populacji 93 kobiety, z których tylko 21 urodziło się po 1960 roku. Dla porównania, modnych dzisiaj Len już w tym czasie było w Polsce 2072, Julii - 37883, a moich imienniczek, czyli Aleksandr - 207939. Jako, że wymienione imiona są obrzydliwie wręcz modne, wiadomo, że przybyło ich duuuuużo. Imienniczek mojej córki raczej nie przybyło więcej niż 10 (o ile w ogóle jakakolwiek), a ubyło zapewne dużo spośród tych żyjących w 1994 roku...

Imię mojej córki przeważnie wywołuje zaskoczenie i mało kto rezygnuje z jakiegoś komentarza. Oczywiście najczęstszy komentarz to "Ale oryginalnie!". Tak, oryginalnie. Sporo osób przyznaje, że słyszy to imię po raz pierwszy, jednak rzadko się zdarza, żebyśmy musieli je dwukrotnie powtarzać czy literować, nawet, jeśli podajemy je telefonicznie. Zabawne jest raczej to, że gdy tydzień temu podawaliśmy dane dziecka na SORze, to pani rejestratorka kilkakrotnie prosiła o przeliterowanie nazwiska, a imię problemów jej nie przysporzyło. Gad jest doskonale zapamiętywana. Wystarczy, że przekroczymy próg naszej przychodni, zaraz panie pielęgniarki wołają: "O, Gad przyszła!".

Problemem bywa jednak czasem zdrobnienie. Nawet osobom, które mają z moim dzieckiem kontakt od dłuższego czasu, zdarza się użyć zdrobnienia, którego my nie stosujemy. Raczej nie poprawiamy wprost, tylko konsekwentnie zwracamy się do młodej tak, jak mamy w zwyczaju. Za kilka lat ona sama wybierze, jaka forma jej pasuje.

A na drugie ma Stefania, po prababci ;)