Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | Ciocia "Dobra Rada" | Ciąża, czyli wieści z frontu | Lajfstajl | Okołoporodowo | Przeżywamy!
RSS

Ciąża, czyli wieści z frontu

środa, 01 kwietnia 2015

Czytałam kiedyś wątek na bodajże emamie, gdzie niektóre forumki próbowały udowodnić, jak to na patologii ciąży leży się dla przyjemności, gada o szmatach i między badaniami maluje paznokcie. Opowiem więc krótko, co ja na patologii widziałam.

Na oddział trafiłam w 34 tygodniu z tachykardią moją i małej. Aparatura od ktg wciąż piszczała i wyświetlała napis ALARM i lekarze rozważali szybkie zakończenie ciąży, jednak nas udało się stosunkowo szybko ustabilizować i nie było to konieczne. Niektóre z moich towarzyszek tyle szczęścia nie miały...

1. Drugiego dnia mojego pobytu na salę, na której leżałam, przyjęli Kasię. Kasia przyjechała ronić. Leżała na sąsiednim łóżku i wszystkie wiedziałyśmy, że za chwilę się zacznie, bo dostała już leki. Była sama, bo jej mąż został w domu ze starszymi dziećmi. Próbowała spać potem czytać. Co chwilę biegała do łazienki, sprawdzić, czy to już? To był koniec pierwszego trymestru.

2. Ania. Ania leżała na oddziale już od dwóch tygodni i walczyła z bakterią, która zaatakowała jej nerki. Była wówczas w 9 tygodniu ciąży. Z fejsbuka wiem, że dziecko się nie urodziło...

3. Asia. 33 tydzień, cukrzyca ciążowa. Wypisali ją tego samego dnia, co mnie. Dzień później urodziła synka. Miała szczęście, bo chłopca udało się uratować.

4. Magda. Nastolatka, która miała termin dwa tygodnie po mnie. Ciążę chyba długo ukrywała, bo jak trafiła do szpitala, okazało się, że nie ma porobionych żadnych badań. Przy jej łóżku cały czas dyżurował pryszczaty nastolatek, przychodziły koleżanki i mama. Magda sprawiała wrażenie totalnie wyobcowanej, nie reagowała na jakiekolwiek próby kontaktu. W sumie trudno się jej dziwić, bo każda z nas była od niej sporo starsza i dziewczyna nie miałaby z nami ani jednego wspólnego tematu innego niż ciąża, a o ciąży w szpitalu już się czasem gadać nie chciało... Jej nazwisko usłyszałam jeszcze raz, kilka tygodni później. Moja cesarka, zaplanowana na 8 rano, się opóźniała i położne między sobą mówiły, że tego dnia rano przywieźli Magdę B., bez pulsu... W ten sposób się dowiedziałam, że jej dziecka nie udało się uratować :( Magda, na szczęście, nie trafiła na zwykłą salę poporodową i nie musiała leżeć w towarzystwie nas - matek, które miały przywilej wydać na świat żywe dziecko...

 

Tak, na patologii ciąży jest zajebiście wesoło.

środa, 04 marca 2015

Rzadko bywam w gabinetach lekarzy na NFZ, bo zwykle brakuje mi do tego nerwów i jeśli chcę udać się do specjalisty, idę prywatnie. Planując ciążę wybrałam się do mojej zaufanej ginki, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tak, jak trzeba i dowiedzieć się, jakie badania warto zrobić i jak się przygotować do ciąży.

Jak już udało mi się zajść w ciążę wymyśliłam, że będę ją prowadzić podwójnie, czyli prywatnie u mojej lekarki, która niegdyś była ordynatorką na ginekologii w miejscowym szpitalu, a obecnie jest już na emeryturze i prowadzi tylko prywatną praktykę, ale i państwowo, najlepiej u lekarza pracującego w szpitalu, w którym poród był najbardziej prawdopodobny.

Zrobiłam mały research i dowiedziałam się, że w miasteczku przyjmuje dwóch ginów - jeden pracujący w szpitalu, w którym za nic w świecie nie zgodziłabym się rodzić, a drugi z tego szpitala, co trzeba, ale słynący z chamstwa. W dodatku nie ma w gabinecie USG i na te trzy przysługujące trzeba jeździć tam, gdzie przyjmuje moja lekarka ;) Stwierdziłam więc, że odpuszczę i za badania też będę płacić.

W ciąży u mojej lekarki miałam 10 wizyt. Wizyta podstawowa kosztowała mnie 60 zł i pomimo tego, że za każdym razem miałam robione USG, płaciłam za nie tylko co drugi raz, też po 60 zł. Badania wykonywane prywatnie nie były kosztowne - w diagnostyce za pakiet mocz+morfologia płaciłam poniżej 15 zł, a inne wykonane w ciąży badania też wcale drogie nie były. Nie zalecała mi łykania garściami piguł, więc zażywałam tylko zwykły kwas foliowy (już na trzy miesiące przed staraniami), a potem magnez i żelazo, kiedy pojawiła się potrzeba.

Od początku trzeciego trymetru przed każdą wizytą miałam wykonywane KTG, które było dodatkowo płatne 15 zł. W internecie czytałam dużo wypowiedzi kobiet, które uważały, że lekarze w ten sposób naciągają pacjentki na dodatkowe koszty. Nie zgadzam się.  Gdyby podczas rutynowej wizyty w 34 tygodniu nie wykonano mi badania KTG Gad mogłaby nie przeżyć. Okazało się, że wymęczona przez moją alergię i zapalenie zatok, które przeszłam tuż wcześniej oraz przez leki, które zlecił mi alergolog, a które mi niewiele pomagały, miałam tachykardię, a co gorsza, tachykardię miała też malutka. Prosto z gabinetu trafiłam na patologię ciąży, gdzie przez pierwszy dzień byłam cały czas podłączona do aparatury, która piszczała i wyświetlał się napis ALARM. Puls mojego dziecka przekraczał 190, przy czym norma dla płodu to 110-150. Lekarze zastanawiali się nad szybkim zakończeniem ciąży, ale Gad była zbyt mała, więc zapadła decyzja, że bezpieczniej dla niej będzie zbić tętno lekami. Ostatecznie udało nam się dotrwać do końca, czyli do terminu cesarki, ale aż do porodu brałam leki obniżające puls, a ponadto jeszcze raz przeszłam kurację antybiotykową.

W trakcie ciąży byłam też na pojedynczej prywatnej wizycie u lekarki, która prowadziła ciążę koleżanki z przySTAŃ BLISKOści. Lekarka pracuje w szpitalu, który mnie interesował, więc stwierdziliśmy, że wybiorę się do niej na USG, żeby w razie czego kojarzyła nazwisko. Wydaje mi się jednak, że to się do niczego nie przydało. Kiedy leżałam na tej patologii ciąży nie zauważyłam, żebym była gorzej traktowana, bo nie mam swojego lekarza na oddziale. A lekarz - cham, do którego nie chciałam chodzić na NFZ, mnie ciął.

sobota, 31 stycznia 2015

No, na porodówce już nie rzygałam, bo w związku z moją planową cesarką dzień wcześniej mnie głodem morzyli, więc ostatnie wymioty zaliczyłam 36 godzin przed rozpakowaniem.

Czyli "poranne mdłości", które u mnie nigdy się do samych poranków nie ograniczyły, nie skończyły się również wraz z zakończeniem pierwszego trymestru.

Miałam coś, co się szumnie nazywa "niepowściągliwe wymioty ciężarnych". Wymiotowałam od 8 tygodnia aż do samego końca (a rodziłam prawie o czasie), najpierw kilka razy dziennie, pod koniec ciąży raz na 2-3 dni.

Nie spowodowało to słabszych przyrostów, ani tym bardziej spadku wagi, przeciwnie, tyłam cały czas i to sporo - przybyło mi 18 kg i w przeddzień porodu ważyłam 69 kg...

Tyłam pewnie dlatego, że mój organizm przyjmował niewiele produktów, a te, które zostawały były mocno kaloryczne - bułki, słodycze (na które ochota przyszła w drugim trymetrze) etc. No i zatrzymywały się we mnie hektolitry wody, pod koniec byłam niesamowicie opuchnięta. Przez cały czas miałam silną anemię, ale przyjmowanym żelazem też wymiotowałam, więc suplementacja była mocno utrudniona.

Wymioty minęły wraz z porodem. Okazało się, że mogę normalnie jeść i wszystko zostaje na miejscu.

Nigdy już jednak nie spojrzę na imbir, bo zakodowało mi się, że to przez imbir, który na mdłości miał pomagać, ja zaczęłam rzygać...

wtorek, 08 kwietnia 2014

Moje ciało nie zmieniło się jakoś bardzo. Ot, zwyczajnie, pojawił się arbuz. Wielki, okrągły arbuz na wysokości brzucha.Arbuz, który już waży 10 kg, a jeszcze 2,5 miesiąca rośnięcia!

W arbuzie jest plac zabaw: jest tam trampolina, na której nocami skacze sobie mały Gad, jest karuzela, na której się kręci w ciągu dnia, smyrając mnie lekko raz z jednej, raz z drugiej strony arbuza. Jest też huśtawka, na której Gad huśta się wysoko, wysoko, raz po raz kopiąc w arbuza od wewnątrz.

Kiedy Gadowi znudzi się dokazywanie na placu zabaw, idzie spać. Zwykle ochota na drzemkę dopada Gada akurat wtedy, kiedy ja wykazuję aktywność. Kiedy ja próbuję spać - Gad idzie na plac zabaw. Fajny taki Gad, psoci prawie jak kot!

poniedziałek, 24 marca 2014

Moje życie wewnętrzne jest ostatnio bardzo aktywne. W tej chwili właściwie cały dzień czuję ruchy Gada. Kiedy budzę się w nocy i zmieniam pozycję, moje potomstwo serwuje mi kopniaka w pęcherz, a kiedy jestem w pracy przypomina mi, że mam myśleć przede wszystkim o nim.

I przy biurku siedzę w pozycji nadzwyczaj nonszalanckiej :P Tzn. po turecku, bo inaczej nie jestem w stanie wytrwać kilka godzin przy komputerze. Staram się pilnować, żeby się z tym nadmiernie w oczy nie rzucać, ale cóż. Inaczej nie dam rady.

Brzuch mi się rusza. Kręci. Wierci. Przemieszcza. Bliska jestem wymiarów idealnych, czyli  90-90-90 :P Na plusie jakieś 9 kg - 27 tydzień. Dobiję do 25 ponadwymiarowych? A niech i tak będzie. Najpierw muszę przetrawić te 60 kg, które pokazała waga dzisiejszego poranka. Tyć mogę. Nie chcę rozstępów, ale smarowanie i masowanie póki co daje efekty.

Wciąż wymiotuję, ale to już chyba nie przejdzie, więc się przyzwyczaiłam. Grunt, że częstotliwość radykalnie spadła :)

Wrzody szaleją, ale odpowiednią dietą jakoś to ogarniam.

Migreny się pojawiają, ale nie tak dotkliwe, jak te z pierwszego trymestru.

Kręgosłup boli, ale to nie wina Gada, tylko pracy siedzącej, bo po raz pierwszy ból pojawił się półtora roku temu. Biodra pobolewają tylko trochę, głównie wtedy, kiedy próbuję wstać z łóżka.

Braki magnezu uzupełniam czekoladą. Cera mi się zmieniła, bo skóra się nie mści za tę czekoladę :)

Braki żelaza uzupełniam pigułami. I fasolą. Brokułami. Barszczem. Próbuję jeść soję i okazuje się, że mocno przyprawiona jest względnie jadalna.

poniedziałek, 17 marca 2014

Dotarło do mnie, że rośnie we mnie Ktoś, kogo już zawsze będę kochać najbardziej na świecie.

Tak mocno, jak tego Ktosia tatę, a może nawet i bardziej. Nie sądziłam, że to możliwe! A jednak... I że tata Ktosia pokocha Gada bardziej niż mnie i że nie będę o to zazdrosna. Że mnie to cieszy.

 

26 tydzień. Czekamy.

niedziela, 02 marca 2014

Gad postanowił kopnąć Tatę. Jak postanowił, tak uczynił. A kopie ostatnio jak szalony, aż mi brzuch wybulwia. I co chwilę biegam do kibelka, bo w pęcherz się super kopie!

Tata przeszczęśliwy. Dzisiaj się chwali, że własne dziecko go skopało :) Minę miał przy tym bezcenną.

Gad postanowił się z Tatą przywitać, bo wcześniej to Tata przywitał się z Gadem - dał mi buziaka w brzuszysko. Przy czym ja popłakałam się ze wzruszenia - wolno mi, w ciąży jestem, hormony szaleją i mam huśtawkę nastrojów :P

Gad jest fajny, Tata jest fajny.

niedziela, 23 lutego 2014

Gad zdaje się być panienką. Czyli jeśli nic się nie zmieni (a że Gad jest okrutnie nieśmiały i miejsca strategiczne skutecznie osłania, więc zmiana jest wielce prawdopodobna) czekają mnie kokardy, falbanki, koronki, brokat, różowe koniki i wróżki. Póki co kupiłam tylko różowego t-shirta z czaszką. Też może być, prawda?

Gadziątko waży prawie pół kilo i potrafi już solidnie kopnąć, jednak na co dzień jest bardzo grzecznym dzieckiem i tylko łaskocze. O, właśnie w tej chwili mnie śmyra. Kopy zarabiałam tylko kiedy byłam bardzo zmęczona, ale teraz już odpoczywam. Widocznie Dziecior chce dać mamie trochę wytchnienia, bo ta, jak przystało na zwiewną leliję, cierpienia rozmaite doświadcza stale, a faktyczne bóle dopiero się zaczną :)

Mama Gada jest od kilku dni na chorobowym. Ostatnie tygodnie dały mi popalić, co zdecydowanie nie podobało się mojemu potomstwu. Teraz brzuszysko odpoczywa, a ja uzupełniam braki żelaza - farmakologicznie, bo próba zjedzenia mięsa kończy się albo wymiotami w ciągu kilku minut od konsumpcji, albo (jak w ten weekend) wymiotami następnego dnia i przeraźliwym bólem, na który nijak nie chcą pomóc piguły zlecone przez lekarza. Boli, kurde. Okropnie. A żywienie się fasolą i burakami przestało przynosić efekty, jak pokazały moje ostatnie wyniki morfologii.

 

 

niedziela, 26 stycznia 2014

 

Szał wyprawkowy mnie ogarnął.

Ubranek dla Gada przybywa - przyjaciółka poproszona o konsultacje powiedziała: "Kupuj dużo ciuchów, jak najwięcej. Nie będziesz żałować." Więc kupuję, w zdecydowanej większości używki w małodzieciowej kolorystyce. Powiedziała jeszcze, że konieczny będzie laktator, a ja się tego dojenia boję chyba nawet bardziej niż porodu!

Jest już plan jaki wózek, jaki fotelik, nianię ma wybrać Tatuś (elektroniczną, za żywe nianie niech się nie bierze, bo będę piszczeć!).

Ale najfajniejsze są pieluszki. Wielorazowe. Przecudnej urody kieszonki i otulaczki powoli wprowadzają się do szuflady, a ja ciągle przekopuję internety w poszukiwaniu ciekawych wzorów i kolorów. Z pieluchowania niedługo będę mogła się doktoryzować, bo do tematu podchodzę bardzo poważnie i czytam o pieluchach całymi dniami. W pieluchowaniu wielorazowym najważniejsze jest pozytywne nastawienie, a to już mam, więc pół roboty za mną :)

Żeby jednak nie puścić na pieluchy całej wypłaty (chociaż w sumie dlaczego by nie?), postanowiłam się również doedukować z chustonoszenia. Planowałam, że zabawę z chustą zacznę dopiero po kilku miesiącach, jednak teraz zaczynam się skłaniać do wcześniejszego chustowania, bo nawet wózkiem terenowym do pobliskiego lasu raczej nie wjadę. No i zabieram się za czytanie, szukanie, co warto dla takiego nowosmrodka kupić, coby mu się dobrze na mamie wisiało, było zdrowo i przewiewnie. I łatwo na początek, żeby rączek i nóżek nie powyrywać Gadowi...

środa, 22 stycznia 2014

Gad jest nieśmieluch. Na wczorajszym USG pokazał, że ma dwa chude kolana, pięć paluszków u rączki, duży rozdziaw pysia przy ziewaniu i serduszko bijące jak dzwon, jednak miejsc strategicznych pokazać dalej nie chce. Może to z powodu nieobecności przy badaniu Tatusia, a może z odziedziczonej po mamie skromności. Wyprawka więc szykuje się unisex, bo przed zakupami nie umiem i nie chcę się powstrzymywać, a imiona nadal będziemy stosować zamiennie, raz męskie, raz żeńskie. Taki gender.

I od przedwczoraj Gad łaskocze. Strasznie to śmieszne uczucie i podobne zupełnie do niczego. Kotce się to bardzo chyba podoba, bo w nocy uparcie się na mnie układa.

 
1 , 2