Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl

Lajfstajl

środa, 13 stycznia 2016

Jak szaleć, to szaleć!

Przesiadamy się z Gadomiłą na bloggera!

Zapraszam serdecznie!

czwartek, 31 grudnia 2015

Ciągle zrzędzę, mamrolę i marudzę, a przecież blog parentingowy powinien być słodkopierdzący! Na tę okoliczność, w ten sylwestrowy poranek, który spędzam samotnie w pracy (cała reszta ekipy ma dzisiaj nockę ;) ), postanowiłam napisać o tym, co DAŁO mi macierzyństwo. Nie co odebrało, ale co dało. A dało coś bardzo cennego: nie marnuję czasu.

Jeszcze dwa lata temu, zanim Gaduchna się wykluła, mój dzień wolny wyglądał tak:

ok. 9.30-10.00 zwlekaliśmy się z łóżka i któreś z nas w wielkim poświęceniu szykowało śniadanie, podczas gdy drugie dokonywało porannych ablucji. Następnie, gdy to szykujące jedzenie się już myło, drugie z nas pałaszowało śniadanie przy włączonym komputerze. Po chwili już obydwoje siedzieliśmy przy naszym stoliku, który ustawiony był tak, abyśmy siedzieli naprzeciw siebie, a nasze laptopy stykały się plecami. Śniadaliśmy i klikaliśmy. Częstokroć zdarzało się, że zamiast się odezwać (trudno się odzywać z buzią zapchaną śniadaniem. Albo następującym tuż po nim drugim śniadaniem w postaci ciastek...), klikaliśmy do siebie na fejsbukowym gadaczu...

Koło południa stwierdzaliśmy, że kot chodzi głodny i trzeba jechać do sklepu po mięso, więc narzucaliśmy na grzbiety coś bardziej wyjściowego niż szlafrok i wlekliśmy się do miasta powiatowego, gdzie wydawaliśmy ćwierć wypłaty na produkty, których potem zapominaliśmy zjeść...

Po szybkim obiedzie, najprędzej jak to tylko możliwe, wracaliśmy przed nasze laptopy. Od czasu do czasu podjadaliśmy po czekoladce i nagle okazywało się, że jest noc, więc kąpiel i do łóżka. Do łóżka z książką, jednak w końcu trzeba zgasić światło, więc łapaliśmy w dłonie smartfony i sprawdzaliśmy, co tam na fejsbuczku, co na forum, o czym pisze gazeta.pl.

Gaduchna odebrała nam ten schemat. Dzięki Ci, o Córeczko maleńka! Dzięki Ci, bo zamiast tego podarowałaś nam czas spędzany wspólnie, nie marnowany na pierdoły. Dzięki Tobie nie przesypiamy już całych dni, nie komunikujemy się wyłącznie za pomocą internetu, nie marnujemy życia. Mówi się, że to dziecko potrzebuje rutyny, ale w naszej rodzinie to nie my Tobie, lecz Ty nam tę rutynę wprowadziłaś i bardzo nam to pomogło.

Dałaś nam coś jeszcze. Obserwujemy w otoczeniu sytuacje, że bezdzietne pary w długoletnich związkach w pewnym momencie się gubią. My mieliśmy szczęście, albowiem bezdzietną parą byliśmy prawie 12 lat, a miłości nigdy nie zabrakło, jednak mimo to dostrzegam, że Gaduchna dodatkowo świetnie scaliła nasz związek. Większość ludzi ma jednak potrzebę parcia do przodu zamiast ciągłego stania w miejscu i co kilka lat dobrze robi wywalenie wszystkiego do góry nogami. Póki byliśmy piękni i młodzi ;) łatwo udawało się powodować te wywrotki: najpierw ja wyjechałam na studia, potem w związku ze studiami pojawiały się różne zmiany w naszym życiu, potem ślub (na dwie raty). Co będzie następne, za kolejnych kilka lat? Jeszcze nie wiemy: może przeprowadzka, może kolejne studia (ale tym razem Gadziego Taty), może odbije nam i zafundujemy sobie młodszą siostrę dla Gadusi ;) Ha, a może wystarczy nam, że mała pójdzie do przedszkola, zacznie chorować i to będzie dla nas wystarczająca rewolucja? Fajnie mieć dziecko, bo gwarantuje regularne rewolucje. Fajnie mieć Gadusię, bo jest najlepsza.

Tagi: rytm dnia
09:13, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 grudnia 2015

Takiej góry zabawek jak wczoraj, Gaduchna jeszcze nigdy wcześniej nie widziała. Dobrze, że posłuchałam mojego Męża i moim rodzicom zasugerowaliśmy zakup ciuszka, chociaż dotąd uważałam, że ubranie dla dziecka, to żaden prezent. Wiedzieliśmy jednak, że zabawek będzie ogrom, więc poprosiliśmy o sukienkę na czerwcowe wesele cioci i sukienka jest - cudowna, piękna, koronkowa.

Pojawiły się prezenty "modne" - to od nas - drewniany wózek dla lalek z własnoręcznie przeze mnie uszytym materacem i pierwsza z książek o ulicy Czereśniowej. Książek było więcej i myślę, że wszystkie będą trafione, jednak te z puzzlami długo nie przetrwają (mamy już w tym temacie doświadczenie ;) ).

Gadunia dostała sanki, jednak póki co na zimę się nie zanosi, więc saneczkujemy w salonie, na dywanie. I jest hit! Ale jednak nie tak spektakularny jak hit nad hity, czyli stryjkowa skrzynka na narzędzia ;) Hitem jest również baran na biegunach, jednakże ten początkowo wymagał oswojenia. Teraz jednak już zdetronizował sarnę do skakania, która wyjeżdża do garażu i czeka na wiosnę, kiedy to będzie mogła wrócić do ogrodu.

Są pierwsze klocki lego. Oczywiście duplo. Prezent zasugerowany przez nas, bo panna nieletnia ciągnęła się do odziedziczonych po tacie zwykłych lego, które jednak są dla niej zdecydowanie zbyt drobne. Jest więc pociąg duplo, a w zestawie "haha", czyli łaciaty piesek. Gadunia kocha pieski. I kotki, więc dostała również śpiewającego kotka.

Ponieważ Gadzia matka nareszcie doczekała się swojej kuchni, nie mogło zabraknąć kuchennych zabawek. Kilka tygodni temu matka chrzestna sprezentowała Gadzi zestaw pluszowych warzyw i owoców, a wczoraj do kompletu dołączyły plastikowe filiżaneczki, talerzyki, babeczki do samodzielnego montażu. I mamy kolejny trafiony prezent. A ja mam pseudo-montessori, bo panna Gadomiła ma w kuchni swoją własną szafkę, w której trzyma swoje skarby.

Jest również prezent, z którego Gadusia może korzystać wyłącznie pod naszym czujnym okiem, a mianowicie oryginalna matrioszka, zaledwie kilka dni temu przywieziona z Rosji. Mamy szczęście posiadać dziadka zatrudnionego w firmie współpracującej z naszym wschodnim sąsiadem i w ten sposób udało nam się zdobyć tę wyjątkową, bardzo misternie wykonaną zabawkę.

Oczywiście są również rozmaite pluszaki, jednak one jeszcze czekają na zainteresowanie. Myślę, że prędzej czy później, moja córeczka je nimi zaszczyci.

 

Mikołaj był równie łaskawy dla Gadziej matki, która dostała cudowne, trafione podarunki i trwa w zachwycie!

Tagi: prezenty
15:06, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

Przyszła pora na kolejny modny temat. Sądziłam, że napiszę coś na ten temat za miesiąc, jak już będziemy mieć podliczony Finał, jednakże najnowsze doniesienia skłaniają mnie do tego, aby swoje trzy grosze dorzucić już teraz.

Do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jestem przekonana całym sercem, od dawien dawna. Pamiętam, jak jako wczesnonastoletnia gówniara chodziłam na WOŚPowe koncerty lokalnych kapel, pamiętam, jak świeżo po osiągnięciu pełnoletności lansowałam się pod sceną jako dziewczyna jednego z grajków. Nigdy nie kwestowałam, ale zawsze coś wrzucałam do puszki.

Swoje lenistwo, bo tylko tym mogę wytłumaczyć brak mojego większego zaangażowania w tę akcję w przeszłości, odpracowuję od jakiś 6-7, odkąd to, rokrocznie, działam w lokalnym Sztabie WOŚP. W pierwszych latach moja praca była prosta, bo do mnie należało tylko wstępne kontaktowanie się z artystami oraz pomoc w zdobywaniu sponsorów Finału, jednak z biegiem czasu moja rola się zmieniła. Stałam się prawą ręką Szefa Sztabu (dwa lata temu sama miałam objąć tę funkcję, jednak moje ciążowe rzyganie nie pozwoliło mi na to) i tak jest do dziś. Szefem Sztabu nie jestem, jednak to ja składam wniosek o utworzenie go, ja zajmuję się wolontariuszami, ja prowadzę stronę internetową Sztabu, ja pilnuję ostatecznego rozliczenia  Finału.

Nigdy nie wzięłam ani grosza dla siebie. Najbliższy Finał będzie dla mnie niezbyt atrakcyjny pod względem artystycznym, jednakże istotne było, aby wystąpili ci, którzy "grając w finale nie biorą kasy". Nie marnuje się u nas kasy, nie pokrywa zbędnych wydatków, nie próbuje nikogo oszukiwać. Nie zarabia na tym nikt z naszego Sztabu, przeciwnie - dzwonimy z prywatnych komórek, zużywamy paliwo w prywatnych samochodach, poświęcamy swój prywatny czas (czas poświęcony pracy Sztabu odliczam sobie od mojego czasu pracy - odbieram w ten sposób odsiadki, mimo, że faktycznie siedzę w tym czasie w biurze).

Naście lat temu leżałam w naszym powiatowym szpitalu na oddziale dziecięcym i pamiętam, jak wówczas wyglądał. Wiem, ile się zmieniło od czasu, kiedy szpitale wspomagane są przez Fundację Jerzego Owsiaka. Nie miałabym czelności wytykać mu jego domniemanych bogactw, widząc jakie bogactwa dzięki niemu trafiły na oddziały szpitalne. Od kilku lat Orkiestra pomaga nie tylko dzieciom, ale i seniorom, o których dotąd nasze wspaniałe państwo raczyło zapominać. A nowa władza już snuje wizje zakazania działalności Fundacji. Aż prosi się w tym miejscu o apel: przeciwnicy Owsiaka, nie korzystajcie ze sprzętu podarowanego przez jego Fundację. Nie zużywajcie nam inkubatorów i pomp insulinowych, skoro tak was boli, że zostały zakupione ze środków takiej, a nie innej organizacji. Ja nie korzystam z pomocy Caritas i mam w nosie, co się tam robi z pieniędzmi (nie moje, bo nie dokładam się, więc nie interesuje mnie, jak te pieniądze są wydawane).

Moje dziecko, jak większość swoich rówieśników, ma na pierwszej stronie swojej książeczki zdrowia wklejkę o wykonaniu badania słuchu przy użyciu sprzętu zakupionego przez WOŚP. Nie zmuszono nas do tego, przeciwnie, musiałam podpisać stosowne oświadczenia. Czy przeciwnicy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pamiętali, aby oświadczenia nie podpisać i nie zgadzać się na badanie sprzętem pozyskanym dzięki tak haniebnej akcji?

poniedziałek, 07 grudnia 2015

Polska niby wiarą katolicką stoi, ale jednak zabobony są w narodzie wiecznie żywe. Wszyscy słyszeli o czerwonych wstążeczkach w wózku, która ma chronić przed złymi czarami. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że widziałam takie wstążki przy wózkach chrzczonych dzieci. Tak, że ten... U mnie wstążki nie było, padło natomiast pytanie "dlaczego?" Zadała je moja "ulubiona" matka wózkowa, niegdysiejsza siostra zakonna...

W połowie mojej ciąży miała miejsce bardzo przykra sytuacja w rodzinie mojego męża, a mianowicie po ciężkiej, wyniszczającej chorobie zmarł jego kochany dziadek. Było dla nas sprawą oczywistą, że uczestniczymy w wieczornych czuwaniach, a moja obecność na pogrzebie nie podlegała dyskusji. Okazało się jednak, że moja ówczesna szefowa, osoba głęboko wierząca, dopatrywała się w tym problemu i nie chciała mi na ten dzień udzielić urlopu, argumentując, że kobieta w stanie błogosławionym nie powinna uczestniczyć w pogrzebie. Uświadomiłam szefowej, że na pierwszym pogrzebie byłam jako sześciomiesięczny płód wewnątrz swojej mamy, na pogrzebie mojego dziadka. "Empatyczna" szefowa odparła, że pogrzeb ojca to nie to samo, co pogrzeb dziadka męża i jej zdaniem nie powinnam w nim uczestniczyć, bo to zbyt przykra uroczystość... Wzięłam urlop na żądanie i uczestniczyłam w tej uroczystości. Dziadek męża cieszył się, że będzie mieć pierwsze prawnuczę i wszyscy żałujemy, że nie mieli szansy się poznać.

Ta sama szefowa pilnowała, abym przypadkiem nie przeszła pod drabiną, nie widziała jednak problemu, aby mnie na tę drabinę wysłać celem wieszania dekoracji, kiedy wiedziała już, że jestem w ciąży.

Kiedy okazało się, że panna Gada cierpi na kolki niemowlęce, mój mąż podzielił się tą przykrą dla nas nowiną u siebie w pracy. Z uwagi na wykonywany zawód, Gadotata pracuje w środowisku wykształconych, zdawałoby się światłych osób. I koleżanka z pracy, która każdy dzień zaczyna od wizyty w kościele, poradziła mu, aby rozbił jajo i biegał z nim dookoła domu. Szczegółów typu ile razy i w którą stronę nie znam, bo mężowi uszy zwiędły i nie dosłuchał do końca.

Moja kuzynka jest mamą dwóch prześlicznych dziewczynek, które, jak to śliczne dziewczynki, są małymi diabliczkami i strasznie psocą. Rodzice próbują sobie z nimi radzić w sposób cywilizowany, natomiast ich prababcia wpada na coraz to nowe pomysły: była już msza w intencji uspokojenia się dzieci, było przelewanie czegoś tam nad czymśtam (znów nie znam szczegółów, bo gusłami sobie głowy nie zaprzątam). Strach się bać, co będzie następne, bo dzieci mogłyby egzorcyzmów prababki nie przetrwać... BTW, ciekawe, co ta prababcia zrobiłaby, gdyby przyszło jej obcować z moją Hajnidką...

Na zabobonach ciążowych dobrze zna się jeden z moich kolegów z pracy i o czym pisałam wcześniej, niejednokrotnie udzielał mi wskazówek. Jego zdaniem dziecko mieć powinnam łyse, albowiem nie miałam zgagi! A zgagi nie miałam zapewne tylko dlatego, że do samego końca rzygałam... Cóż, potwierdzałam też teorię, że córka odbiera matce urodę, bo wyglądałam jak własny koszmar, aczkolwiek nasza koleżanka z pracy, matka dwóch córek, w każdej ciąży wygląda jak miss powiatu! Wróżono mi oczywiście płeć dziecka z kształtu brzucha, a według znajomej miałam rodzić gdzieś około siódmego miesiąca, bo brzuch miałam tak nisko. A że widywała mnie codziennie i widziała, że brzuch miałam nisko od początku? Pal sześć, grunt to nastraszyć pierworódkę, że urodzi wcześniaka...

Wyprawkę oczywiście zakupiłam całą na długo przed rozwiązaniem. Zbiory zaczęłam gromadzić pod koniec pierwszego trymestru. Wszyscy żyjemy i mamy się dobrze.

Tagi: zabobony
10:24, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (5) »
środa, 02 grudnia 2015

Dopiero jako osoba dorosła zrozumiałam, jak bardzo moja mama się dla nas poświęcała.

Kiedy byłam dzieckiem (nastoletnim nawet) oczywistym było, że to mama obudzi mnie do szkoły. Że na stole będzie czekało śniadanie. Że do woreczka zapakowana zostanie bułka na drugie śniadanie, której ja i tak nie zjem, tylko przyniosę z powrotem bądź podaruję koleżance. Wiadomo było, że gdy wrócę ze szkoły, będzie obiad, który mama ugotowała albo poprzedniego wieczoru, albo rano przed wyjściem do pracy. Wiadomo było, że jeśli będę chciała gdzieś jechać, to mama mnie tam podwiezie.

Dopiero kilka lat później, kiedy moja mama została szczęśliwą emerytką, dostrzegłam, że nie wstaje już codziennie przed szóstą, więc pewnie przez wiele lat męczyła się tak, jak ja teraz. Zapewne zamiast ogarniać pracę i nas, wolałaby w spokoju poczytać książkę. Pewnie wielokrotnie miała ochotę siąść przed telewizorem, zamiast gotować obiad, który spełni oczekiwania wszystkich, co często oznaczało gotowanie kilku obiadów... Nigdy też nie zabrakło ciepłego posiłku dla naszych przyjaciół.

Teraz znów moja mama wstaje wcześnie i przez cały dzień uwija się przy małym, pyskatym stworzeniu. Moja mama poświęca cały swój wolny czas mojej córce i jak twierdzi, robi to, bo ją KOCHA.

Jest dla mnie naturalne, że matka dla swojego dziecka zrobi wszystko, co może, bo w takiej rodzinie ja zostałam wychowana. Wiem, że moi rodzice, zawsze ponad własne potrzeby stawiają potrzeby moje i mojego brata. Wiem, że zawsze możemy na rodziców liczyć i nigdy nam nie odmówią wsparcia. Mam jednakże w otoczeniu sytuację wręcz odwrotną i nie jestem w stanie swoim małym rozumkiem pojąć, jak matka może działać na niekorzyść swoich dzieci i wnuków...

poniedziałek, 30 listopada 2015

A oto odpowiedź: internetami. Bo stacjonarnie się nie da.

Dziewczynka znów powyrastała z wszystkiego i przyszła pora na sięgnięcie po zapasy. Zapasy ubraniowe mam spore, bo namiętnie kupuję na wyprzedażach czy promocjach ciuchy na wyrost. Ciągle przychodzą do nas paczki z ciuchami nabytymi na allegro czy też w sklepach online. Do aliexpress dopiero się przymierzamy i chociaż kilka zakupów już tam poczyniliśmy, to jednak dla młodej żadnego.

A dlaczego paczki ze sklepów online? Otóż prawdziwa prowincja, a na takie miano zasługuje mój prawy dolny róg mapy, charakteryzuje się tym, że w sieciówki nie obfituje. W mieście, w którym pracujemy, ciuchy dziecięce są w trzech sklepach: u Chińczyka, w dyskoncie obok biedronki oraz w tekstylnym. U Chińczyka raz udało mi się kupić bodziaka i raz opaskę, w dyskoncie nabyłam pieluchy tetrowe, a w tekstylnym nie udało mi się jeszcze nigdy nic nabyć i raczej tak już zostanie.

Kilka dni temu usilnie poszukiwałam białych bodziaków na ramiączka, bo takie nam się teraz najlepiej sprawdzają pod piżamkę czy pod bluzeczkę oraz najchętniej jednobarwnych bodziaków z krótkim rękawem, zapinanych na ramieniu na zatrzaski, bo tylko takie nosi moja młodzież. Biały bodziak - cóż prostszego do nabycia?! Ha, u nas problem!  W naszym mieście nie uświadczyłam. W powiatowym również; tam nawet jedna sprzedawczyni skomentowała, że "jesienią na lato szukam". Nie na lato. Na teraz. Taka moja fanaberia.

Pozostały internety, ale i tu było krucho, bo polski sklep f&f mi zlikwidowali,  za przesyłkę zagraniczną miałam średnią ochotę płacić, a dojazd do najbliższego tesco odpada, bo 40 km w samochodzie panna Gadusia nie zniesie. W h&m od dłuższego czasu brakowało rozmiaru, w smyku zdążyłam dodać do koszyka, ale jak finalizowałam zamówienie okazało się, że bodziaki wyprzedane.

Znalazłam więc na allegro polskiego producenta, który białe bodziaki na ramiączkach miał w cenie dla skner, czyli 8,50 szt. Kupiłam, przyszły i szukałam dalej. Cóż z tego, że jakość niezła, bawełna mięciutka i dobrze odszyte, jak rozmiar nietrafiony i myślę, że nadałby się raczej na przedszkolaka niż na drobną półtoraroczniaczkę. Rok temu u innego polskiego producenta kupiłam inne bodziaki i dobrze, że wówczas kupowałam na "wyrost", bo z kolei rozmiarówka była taka, że rozmiar 74 był akurat, kiedy z innych firm zaczynała nosić 68.

Dzisiaj jednak moich starań przyszedł kres, bo w h&m pojawił się nasz rozmiar i paczka już do nas jedzie.

 

środa, 18 listopada 2015

Pisałam już niejednokrotnie, że od dawna miałam mega parcie na posiadanie dziecka. Jeszcze w czasach nastoletnich obstawiałyśmy z koleżankami, że to ja pierwsza się rozmnożę. Jak wiadomo, tak się nie stało (trudno, żeby moje przyjaciółki czekały do mojej trzydziestki, aż raczę być pierwsza), jednak było dla mnie oczywiste, że dzieci mieć chcę i bez nich moje życie nie będzie miało sensu. Jako wczesna nastolatka płynnie przeszłam od wymyślania imion dla hipotetycznego młodszego rodzeństwa do imion przyszłych dzieci. Po jakiś dwóch tygodniach związku z Gadzim tatą ustaliliśmy imię dla naszej przyszłej córki i odłożyliśmy plany prokreacyjne na później.

Mijały lata. Pojawiały się przemyślenia. Mam tendencje do panikowania, toteż pesymistycznie założyłam, że skoro starania zaczynam dopiero około trzydziestki, to łatwo nie będzie i generalnie bez wspomagania się nie uda. Jeszcze zanim do starań przystąpiliśmy, ustaliliśmy z Gadzim tatą, że w razie W zabezpieczamy na naszym koncie kwotę konieczną do przeprowadzenia in vitro.

Dlaczego od razu pomyśleliśmy o in vitro, a nie o adopcji?

Nie, wcale nie dlatego, że miałam jakieś gigantyczne parcie na to, aby być w ciąży, samodzielnie urodzić i wykarmić piersią. Nie, w żadnym razie - w ciąży być nie lubiłam, cesarka była moim wybawieniem, a piersią i tak nie karmiłam.

Nie miałabym jednak też żadnych oporów przed przygarnięciem dziecka do naszej rodziny. Obydwoje z Gadzim tatą mamy adoptowane kuzynostwo i wydaje nam się to sprawą totalnie naturalną. Gdyby coś się stało moim przyjaciołom lub krewnym i ich dzieci potrzebowałyby nowej rodziny, to byłoby dla mnie sprawą oczywistą, że podjęłabym się tego. Ale mam też kilka znajomych pracujących w dwóch różnych domach dziecka i od nich wiem, że wcale te placówki nie są przepełnione dziećmi oczekującymi na nowe rodziny. Większość maluchów ma rodziców, ale niewydolnych wychowawczo, z ograniczonymi prawami. Te dzieci często weekendy i święta spędzają w rodzinnych domach i czekają tylko na korzystny dla nich wyrok sądu, który pozwoli im wrócić do domu rodzinnego. Dzieci, które faktycznie mogą zostać adoptowane wcale wielu nie ma i myślę, że pierwszeństwo do opieki nad nimi powinny mieć osoby, które na biologiczne dzieci nie mają szansy, a przed in vitro mają opory moralne.

Ja nie mam. Nie mają też z in vitro problemu moi rodzice i teściowie, więc nie musielibyśmy tej wiedzy przed nimi ukrywać.

Łatwo krytykować in vitro klerowi, którego problem rozmnażania i tak dotyczyć nie powinien. Łatwo młodym, którzy nie zdążyli zachcieć, a już mieli. Łatwo starszym, którzy swoje już wychowali. Łatwo krytykować tym, którzy do rodzicielstwa mają podejście z cyklu "taka kolej życia" i "będzie co ma być". Rozumiem osoby, które się na to decydują, bo wiem, co to znaczy marzyć o dziecku. Wiem, co to znaczy płakać na wieść o cudzej ciąży. I wiem, jak przeżywa się "żałobę" po nadejściu kolejnej miesiączki...

Los okazał się dla nas łaskawy i ostatecznie zaciążyłam łatwo, lekko i przyjemnie. Miałam jeszcze większe szczęście, bo mam tyle dzieci, ile przebytych ciąż. Gdyby jednak tak się nie stało, po takim czasie z pewnością byłabym już po pierwszej próbie in vitro.

Tagi: In vitro
09:55, mama_gada , Lajfstajl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 listopada 2015

Temat "inności" krąży mi w głowie od jakiegoś czasu,  a od kilku dni, z przyczyn obiektywnych, zdecydowanie mocniej. Nie będę jednak wchodzić w tematy polityczne - nie dzisiaj, aczkolwiek wcześniej czy później pewnie znów coś napiszę...

Dzisiaj będzie o "inności" mojej córki.

Byliśmy wczoraj na ślubie i na weselnym obiedzie. Tak krótko, bo od domu dzieliło nas dwie godziny jazdy i chcieliśmy wrócić do domu na czas, aby położyć Gaduchnę spać o normalnej porze. Młodej z nami nie było, bo nie widziałam sensu, aby katować dziecko tak długą podróżą w foteliku, skoro codzienne przejazdy na siedmiokilometrowej trasie są dla niej karą... Panna Kudłata została więc u babci i dziadka, a my ruszyliśmy w podróż.

Byliśmy na pięknym ślubie, podczas którego mieliśmy okazję obserwować obecne dzieci. Do jednych rodziców zapałałam sympatią, bo musieli trochę po kościele pobiegać za swoim dwulatkiem. Reszta dzieci w kościele była bezproblemowa.

A potem była sala weselna i kolejka do życzeń. Ustawiliśmy się pod koniec kolejki, bo najpierw chcieliśmy zlokalizować nasz stolik. Tak się złożyło, że tuż przed nami ustawiła się rodzina z trzema dziewczynkami: pięcioletnią, dwuletnią i kilkumiesięczną. Jako, że wesele było bardzo duże, a staliśmy pod koniec kolejki, dostanie się do pary młodej zajęło nam około 40 minut. I przez cały ten czas niemowlinka spała na rękach rodziców (wcześniej w kościele spała w foteliku), a dwu i pięciolatka spokojnie stały obok rodziców. 40 minut! Nie odchodziły, nie biegały, nie marudziły. Stały i czekały.

Potem widziałam, że starsze dziewczynki zostały posadzone przy stole i siedziały.

I kurde, zazdrość mnie wzięła, bo moje dziecko nie ma zwyczaju siedzieć w miejscu. Moje dziecko nawet jak je, to się przemieszcza.

Przy stoliku, przy którym zostaliśmy ulokowani, część towarzystwa była nam zupełnie obca, więc wiadomo, kurtuazyjna "gadka-szmatka" itp. Przyznaliśmy, że zaraz po rosole jedziemy (a tu figa, nie było rosołu, więc pojechaliśmy dopiero po torcie) do domu, gdyż dwie godziny od nas jest mała torpeda, którą do snu musi położyć któreś z nas. Nowi znajomi dopytywali, dlaczego nie zabraliśmy dziecka ze sobą, więc powiedzieliśmy zgodnie z prawdą: że dla niej to za długa podróż, że w kościele byłaby trudna do opanowania, że ona nic a nic nie przypomina tych spokojnych dziewczynek z sąsiedniego stolika, że dla niej wesele to żadna atrakcja i lepiej jej u dziadków, gdzie przez cały dzień może być w ruchu, a nie spacyfikowana w foteliku czy na rękach rodzica. No i dowiedzieliśmy się, że na takie zachowanie to najlepszym lekarstwem jest klaps. Abstrahując od tego, czy klaps jest rozwiązaniem jakiegokolwiek problemu, po raz kolejny poczułam się jak nieudacznik, który nie ogarnia swojego dziecka. Bo przecież cała reszta świata potrafi sprawić, że dziecko siedzi cicho, że dziecko chodzi za rękę, że dziecko przy posiłku brudzi tylko śliniak. A ja nie potrafię.

Moja mama kilka lat temu dziwiła się, jak to możliwe, że ktoś nie jest w stanie ogarnąć jednego dziecka, skoro jej się udawało prowadzić dom i pracować mając nas dwoje i żadnej rodziny do pomocy. Teraz, kiedy od niemal półtora roku jest babcią Gadusi, a od czerwca sprawuje nad nią regularną opiekę, sama przyznaje, że już wie - mój brat był dzieckiem, które zapewne dzisiaj zdiagnozowane miałoby adhd, aczkolwiek zdaniem naszej mamy, do Gadusi mu daleko, natomiast ja byłam dzieckiem totalnie bezproblemowym, typu "gdzie postawisz - tam stoi". Gadusia taka nie jest. Gadusia jest high need baby. Problem w tym, że dla osób z zewnątrz ona jest rozpieszczona. A nie jest. Ona jest po prostu hiperaktywna.

Boję się, jak to będzie kiedy ona już "pójdzie w świat" - przedszkole, szkoła. Teraz, na całe szczęście, zajmuje się nią babcia, która ją kocha i za nią podąża, ale co będzie później, kiedy zapewne będzie najbardziej krnąbrnym dzieckiem w grupie? Czy nie zostanie przez to odrzucona? Raczej nie stanie się ulubienicą wychowawczyń, bo nie jest dzieckiem, które grzecznie zasiądzie przy stoliku i będzie lepić misie z plasteliny...

Ale cóż - każdy inny - wszyscy równi.

czwartek, 12 listopada 2015

Generalnie jestem dżenderystką ;), toteż wśród (ulubionych) zabawek Gadusi są m.in. auta i piłki, na przyszłość czekają na nią klocki lego po tatusiu. Mała uwielbia bawić się w naszych samochodach (szkoda, że jak tylko próbujemy ją zapiąć w foteliku zaczyna krzyczeć...), ubierana jest w "chłopięce" kolory. Cóż z tego, skoro Gadunia szaleje na widok biżuterii: namiętnie nosi naszyjniki babć (już kilka załatwiła; ostatnio dorwała się do różańca i z nim paradowała po domu), czai się na nasze obrączki czy moje pierścionki, u wszystkich sprawdza obecność kolczyków w uszach (u mnie zwraca uwagę tylko na dwa największe, pozostałych pięć traktuje, jakby ich nie było!); zawsze asystuje mi podczas makijażowania się i musi w tym czasie dzierżyć w dłoni swój pędzel, a ja muszę udawać, że tuszuję jej rzęsy. Kocha perfumy (no dobra, dysponuję tylko wodami toaletowymi i to właśnie je tak wielbi ;) ), lubi sukieneczki, lubi rano wybierać, którą z dwóch zaoferowanych bluzeczek mam jej założyć, ale jej największą miłością są buty! Uwielbia je mierzyć i nie przeszkadza jej nawet bieganie w za dużych o rozmiar czy dwa. W za dużych o trzy rozmiary też próbowała, ale jednak spadały z nóżki i musiała je podziwiać trzymając w rączkach. Lubi się czesać (samodzielnie, obsługa w tej sferze jej nie satysfakcjonuje), lubi bawić się moimi włosami i wpinać w nie spinki. Często podbiega do lustra i sprawdza, jak "Lala" (bo tak o sobie mówi) się prezentuje.

Mała kobietka chętnie tuli lalki i misie (a najchętniej swojego królika o imieniu KITI), podaje im flachę z mlekiem, przykrywa kocykiem, śpiewa im po swojemu "la la la". Często tańczy ze swoim pluszowym potomstwem, zabiera je do kąpieli, dzieli się posiłkami. Taka z niej malutka mamusia. Moja cudowna dziewczynka!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6