Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl

Przeżywamy!

czwartek, 17 grudnia 2015

Nie, ten wpis nie będzie o pozostałych po ciąży kilogramach, nie będzie też o pamiątce na podbrzuszu (btw to poza wpisem o karmieniu butelką, najczęściej czytany wpis u mnie). Ten wpis będzie o schorzeniu, którego nabawiłam się w ciąży i stało się to niejako pod czujnym okiem specjalistów... Tym schorzeniem jest przewlekłe zapalenie zatok.

Wcześniej miewałam epizody z bólem zatok, ale wystarczał mi cirrus i było po sprawie. Potem zaszłam w ciążę i lekarz kazał mi odstawić moje leki antyalergiczne (rozumiałam, że tak trzeba) i dobrał mi zestaw nowych, które miały mi pomóc przetrwać ciążę. Niestety, nie pomogły. Pierwszy raz zapalenia zatok doświadczyłam na początku siódmego miesiąca i według laryngologa był to efekt źle leczonej alergii oraz typowego podobno w ciąży obrzęku nosa. Cóż, obrzęk został mi na stałe...

Za pierwszym razem ból miałam wielką chęć przeczekać, ale niestety nie dałam rady i skończyło się antybiotykiem, który strasznie przeżywałam, bo jakże to, antybiotyk w ciąży! Znajome pocieszały mnie, że również miały w stanie błogosławionym rozmaite infekcje, na które brały antybiotyki i z dziećmi wszystko dobrze, wzięłam więc i ja.

Dalej jednak byłam na tych źle dobranych lekach na alergię, bo alergolog nie widział problemu, stosowałam też, zalecone przez laryngologa płukanie zatok (polecam, daje niesamowitą ulgę). Wskutek problemów wywołanych przez alergię (tachykardii dostałam ja i moja maleńka wewnątrz mnie), trafiłam na patologię ciąży, gdzie dostałam zalecenie brania metocardu do końca ciąży, miałam więc kolejne zmartwienie, bo w ulotce stało: stosować tylko, jeśli jest to bezwzględnie konieczne, czyli na mój chłopski rozum, dla płodu nie za dobre... Lekarze jednak byli zgodni - mam zażywać lek, bo bez niego Gadusia się udusi.

Tydzień przed terminem cięcia znów dopadło mnie zapalenie zatok i tym razem nie zwlekałam, tylko natychmiast udałam się do laryngologa informując go, że za kilka dni mnie tną, a tu problem. Oczywiście znów antybiotyk, którego ostatnią dawkę przyjęłam na dzień przed stawieniem się do szpitala...

Gaduchna, na całe szczęście, mimo tych wszystkich atrakcji, urodziła się zdrowa. Miałam nadzieję, że wraz z końcem ciąży minie mój obrzęk nosa, ja będę mogła przyjmować moje normalne leki, więc przygoda z zatokami się skończy, jednak jakiś miesiąc po porodzie, tuż po tym, jak przyjęłam moją przegraną w próbach karmienia piersią, zachorowałam po raz trzeci... Schemat ten sam, jednak tym razem zamiast moich wyrzutów sumienia były słowa pocieszenia od najbliższych, którzy mówili, że gdybym karmiła, to byłby problem z leczeniem.

Potem miałam pół roku spokoju, więc uśpiło to moją czujność i jakaż byłam zaskoczona, kiedy zimą ubiegłego roku dopadł mnie ból szczęki i nosa, który sprawił, że miałam ochotę samodzielne powyrywać sobie wszystkie zęby. A tutaj do opieki absorbujące niemowlę i mąż z gorączką sięgającą 40 st., nienadający się więc do zajmowania się dziewczynką... Musiałam jakoś przetrwać pełną bólu noc, więc nafaszerowałam się mieszanką leków - szczegółów podawać nie będę, na wypadek gdyby czytali mnie żądni zabawy gimnazjaliści, ale zmieszałam sporą ilość leków zatokowych z przeciwbólowymi. Ból zelżał, natomiast ja wówczas przez 48 godzin nie spałam. Nazajutrz zadzwoniłam do mamy, bo bałam się, że moje trzęsące się ręce nie utrzymają dziecka...

Kilka dni temu mąż zaraził mnie grypą, która po kilku dniach w miarę łagodnie przeszła. Moja radość była jednak przedwczesna - pierwsza fala bólu pojawiła się we wtorkową noc, natomiast od wczoraj umieram. Tradycyjnie jest już grany antybiotyk i próbuję funkcjonować. Zatoki dokuczają mi piąty raz w ciągu niewiele ponad półtora roku. Kolejny raz antybiotyk. I zaraz sobie amputuję szczękę!

czwartek, 03 grudnia 2015

Gadusia jest nadzwyczaj emocjonalna. To typowa cecha HNB, więc w sumie nic zaskakującego, jednak kiedy przychodzi nam mierzyć z tym w życiu codziennym, bywa to momentami trudne.

Jakiś czas temu zdarzyło się, że Gadomiła podczas zabawy wsadziła mi do nosa swój paluszek, pociągnęła, ja zalałam się krwią i ponieważ puściły mi nerwy, zostawiłam córeczkę z jej tatą i poszłam do łazienki ratować sytuację i swój opłakany wygląd. W tym czasie Gadunia dostrzegła, że ma moją krew na paluszku, więc wpadła w straszliwą histerię i mąż musiał ją do mnie przyprowadzić, żeby zobaczyła, że z mamą wszystko dobrze. Później przez długi czas każdemu "opowiadała" te wydarzenia, a jak padało słowo "palec" lub "nos" robiła buźkę w podkówkę i trzeba było szybko reagować, aby nie zaczęła płakać. Pokazywała na swój paluszek i mówiła, że jest "be", mimo że starałam się tłumaczyć, że mnie nie boli i nie jestem na nią zła. Wciąż pamięta to wydarzenie, ale wreszcie doszliśmy do etapu, w którym aż tak mocno tego nie przeżywa.

Przeżywa jednak inne rzeczy.

Jestem upstrzona pieprzykami i któregoś dnia panna Gaduśka dostrzegła nową dla niej, czerwoną kropeczkę. Zapytała mnie, co to jest, więc wyjaśniłam, że to pieprzyk i niesłusznie uznałam sprawę za zamkniętą. Niesłusznie, bo moja córeczka jeszcze przez chwilę badała obiekt rączkami, po czym zaczęła okropnie płakać i znów konieczna była interwencja tatusia i długie wyjaśnienia, że mamusia nie ma be, że mamusi nie boli.

Kolejna sytuacja miała miejsce wczoraj. Kudłata pannica przeglądała książki historyczne swojej babci i w pewnym momencie otworzyła na stronie z wizerunkiem Hitlera. Oczywiście zapytała kto to jest, więc odparłam, że to pan Hitler i że był on bardzo niedobry. Kilkakrotnie upewniła się, czy był "be", po czym zaczęła żałośnie płakać i uciekać od książki.

Nie wiem, co powoduje tak emocjonalne reakcje mojej panny.

środa, 16 września 2015

Gdzieś mniej więcej w czasie, gdy osiągnęłam ćwierćwiecze, zapragnęłam mieć córkę. Tzn. córkę chciałam mieć zawsze, ale w tym wieku zachorowałam na początkowe stadium wścieku macicy. W tym czasie trzy moje bliskie koleżanki wydały na świat swoje córki. Cieszyłam się razem z nimi, ale w poduszkę popłakałam - no bo jak to - one nie planowały, a mają, a ja nie mam, bo sytuacja życiowa jeszcze nie taka jak trzeba. No i chłop za młody. Wówczas IMO zdecydowanie za młody na dziecko. Student ledwie. A ja na umowie na czas określony, w dodatku na pół etatu. No durni bylibyśmy...

Mijały lata. Ludziom rodziły się dzieci. Ja swoje chciałam mieć coraz mocniej. Jak rodzili się chłopcy, to przyjmowałam to ze względnym spokojem, ale na wieść, że komuś urodziła się córka, miałam ochotę gryźć z zazdrości. Wściek macicy osiągnął apogeum.

Potem zaszłam w ciążę, więc teoretycznie mogłam przestać zazdrościć. Teoretycznie. Bo w tym samym czasie w ciąży była moja koleżanka, ostatecznie nasze dzieci urodziły się w odstępie jednego dnia. I u niej na USG genetycznym padło - DZIEWCZYNKA. A ja nie wiedziałam kto będzie i byłam rozżalona, bo ona będzie miała panienkę, a ja pewnie nie. Nic to, myślałam, urodzi się chłopak, to pokocham jak swoje... Potem, na USG połówkowym u jej córeczki dopatrzyli się jednak atrybutów małego mężczyzny, więc zazdrość mi minęła. Ale, ale! W ciąży była wtedy też kuzynka i u niej nie było wątpliwości, że będzie dziewczynka, więc ja sobie wydedukowałam, że skoro w rodzinie od kilku lat same panny, to pewnie ja przerwę serię i urodzę Bronka! Bo u mnie dalej niczego się nie dopatrzyli. Do końca ciąży nie było pewności, kogo urodzę, chociaż według mojej lekarki dziewczynka była bardziej prawdopodobna. No i jest, moja mała, kudłata, wyczekiwana wariateczka.

I teraz znów wysyp ciąż wokół mnie. Słyszę o "błogim stanie", o tęsknocie na za maluszkiem. A ja maluszka mam i nie wyobrażam sobie mieć teraz drugiego. Nie zazdroszczę, chociaż może mnie kiedyś najdzie - nie wykluczam.

Teraz namiętnie wszystkim rodzicielstwo zachwalam, chociaż nie da się ukryć, że lajtowo nie jest. Teraz autentycznie cieszy mnie każdy nowo narodzony maluch w otoczeniu - każda nowa koleżanka i każdy nowy kolega dla mojej córki. Podziwiam ludzi, którzy decydują się na kolejne dziecko, kiedy ich starszak wymaga wciąż obsługi rodzica. Podziwiam. I nie podejmuję się.

czwartek, 10 września 2015

Jestem białą, heteroseksualną kobietą, która wychowana została w wierze katolickiej. Jestem mężatką, mam dziecko. Aby się poczęło, nie potrzebowałam interwencji lekarzy - wszystko odbyło się w sposób łatwy, lekki i przyjemny. Czyli wszystko gra - jestem standardową Polką.

"Mimo" powyższego jestem całym sercem za in vitro. "Mimo" powyższego jestem całym sercem za pomocą uchodźcom z Syrii. Przerażają mnie słowa, które moi znajomi wypisują na fejsbuku w ostatnich dniach: znajomy, który żyje z zagranicznego socjala planuje "noc oczyszczenia", znajomy, którego dwoje ciężko chorych dzieci jest mocno dotowanych przez ludzi dobrej woli, dodaje demota ze zdjęciem obozu Auschwitz i dopiskiem, że "Polska gotowa na przyjęcie uchodźców", koleżanka, której czarnoskóry mąż nosi jedno z najpopularniejszych arabskich imion, nawołuje do nieprzyjmowania imigrantów. Kolejnych kilkoro znajomych pisze o "brązowym gównie", o podludziach. Koleżanka, podpierając się chęcią obrony kościoła katolickiego, pisze o "czymś podobnym do człowieka", ale jej zdaniem jednak nie są to ludzie.

Wcześniej, kilka miesięcy temu, mocno się na fejsie ścięłam ze znajomymi, którzy są anty in vitro. Dyskusja, która się wówczas wywiązała, sprawiła, że od kościoła jestem obecnie zdecydowanie dalej niż byłam do tej pory. Jedna ze znajomych uczestniczących w tamtej zażartej (nie żartuję, niemal pół tysiąca wpisów) dyskusji, napisała mi, że nie może mi złożyć życzeń urodzinowych, gdyż w tamtym okresie miałam akurat tęczowe zdjęcie profilowe. Uważam przy tym, że papież trafił się obecnie wyjątkowo mądry. Już czytałam w internetach, że zdaniem wielu polskich katolików to "dziad, któremu się pomieszało w głowie". Cóż...

Wolę, żeby moja córka w klasie miała fajną, syryjską koleżankę, niż dziecko człowieka, który innych ludzi uważa za gówno. Niż dziecko człowieka, który dziecku z in vitro odbiera prawo do pojawienia się na świecie. Niż dziecko człowieka, który niczym nie różni się od Hitlera, Stalina, czy bardziej współcześnie - Breivika.

Sprowadziłam Gadusię na świat, który mnie przeraża. Ja rozumiem - można się bać innej kultury, można uważać, że Polski nie stać na przyjęcie uchodźców. Ale nie można nazywać ludzi "gównem", nie można wysyłać ich do obozów koncentracyjnych.

Dyskutanci fejsbukowi piszą: "Jak jesteście tacy mądrzy, to przyjmijcie ich pod swój dach", pozwolę więc sobie na przytoczenie kilku historii. Moi dziadkowie ze strony mamy pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy. Podczas wojny obydwie rodziny uciekały - jedna prababcia z dziećmi, w tym moją pięcioletnią babcią. Drogę ucieczki miała stosunkową łatwą, bo dzięki pomocy prawosławnej sąsiadki uciekła prosto na tereny dzisiejszego województwa podkarpackiego. Jej teściowa z pozostałymi członkami rodziny już tak dobrze nie miała, bo przez Afrykę uciekali do Kanady. Połowa z nich podróży nie przeżyła. Jeden brat zagubił się i do dziś nie wiadomo, co się z nim stało - na Ukrainie żyją do dziś jego córki i wnuki. Rodzina mojego dziadka uciekała również z Ukrainy, ale z innego regionu i jak podają źródła, mieli szczęście znaleźć się na ostatnim wozie, który wywiózł ich z palącej się wsi. I z ich ucieczki są wyjątkowo cenne zdjęcia - cenne, bo wykonane w Iranie, gdzie znaleźli schronienie. Czyli muzułmanie pomogli katolikom. Dzisiaj katolicy nie chcą pomóc muzułmanom.

W rodzinie Gadusiowego taty ucieczek nie było, ale było coś, co zasłużyło na medal Sprawiedliwi wśród narodów świata. Otóż krewni mojej teściowej, w czasie II wojny światowej, narażając życie swoje i swoich dzieci, ukrywali żydowską rodzinę. Czteroosobowej rodzinie udało się przeżyć i szczęśliwie po wojnie znaleźli się w Izraelu, natomiast krewnych mojej teściowej, czyli krewnych Gadusi, za udzieloną pomoc rozstrzelano.

 W ogólniaku nosiłam koszulkę z napisem "Najpierw jesteśmy ludźmi, dopiero potem narodami". Chyba ją wygrzebię i znów zacznę jej używać...

czwartek, 03 września 2015

Czasem w żartach spieramy się z Gadotatą, na kogo wyrośnie Gadusia. On preferuje metal, toteż chciałby córkę-metalówę, a ja mam zdecydowanie punkową duszę. I oczywiście uważam, że Gadusia dziedziczy po mnie ;) Faktycznie nie ma to większego znaczenia, grunt, żeby jednak słuchała czegoś z szeroko pojętego rocka, bo w przeciwnym razie moja dusza gotowa jest zacząć krwawić.

Nie da się ukryć, że jeden z ważniejszych punkowych sloganów: (tutaj uwaga: padnie wykropkowany wulgaryzm) "pi...ol system" Gadusi towarzyszy już od życia prenatalnego. Zaczęło się od tego, że w siódmym miesiącu ciąży dokonała przewrotu - dotąd siedziała w moim brzuchu w poprzek,  a od tego momentu postanowiła siedzieć łepetynką do góry, a nie jak inne dzieci, łepkiem w dół. Miała swoje zdanie i już.

Potem kolki, z którymi wyszła już ze szpitala, a wszyscy mówili, że kolki to dopiero pod koniec pierwszego miesiąca. Cóż, ona miała na ten temat inną opinię. Karuzelki, maty, leżaczki czy wózek? Pocałujcie się w nos, Gadusia miała inną wizję. Gadusia jest high need baby, księżniczką i rebeliantką. Gadusia "pi...oli system", Gadusia robi po swojemu. Gadusię się nosi, animuje, wykonuje się wszystkie jej polecenia. Bo jak nie, to...

Doskonale wybraliśmy jej imię, bo pasuje do niej wyśmienicie, jednak czasem myślę, że jest słowo, które opisałoby ją lepiej. Słowo, które wspaniale spisałoby się w roli imienia dla mojego dziecka. To słowo to REBELIA...

Kilka dni temu Gadotat zdiagnozował u naszej córki bunt dwulatka i faktycznie: ciągłe "nie", ciągły foch, a dzisiaj zaliczyłam pierwsze rzucenie się na podłogę w sklepie. Ale, ale... Gadusia ma dopiero 14 miesięcy, więc czy to bunt dwulatka, czy raczej charakter?

Gadusia będzie punkówą. Już jest. Ja to czuję, ja to wiem...

wtorek, 21 lipca 2015

Matka wróciła do pracy i od kilku tygodni za dobrze nawet nie wie, jak się nazywa. Roboty od groma, a na domiar tego moja praca ma taki charakter, że łikędy wolne bywają rzadko. Nowy szef stara się być sprawiedliwy, więc nie ściąga mnie na wszystkie łikędowo-wieczorne wydarzenia, ale jednak czasem trzeba. W najbliższy weekend na ten przykład pracuję w piątek wieczór i w niedzielę, ale mam wolną sobotę. Ufff!

W łikędy są więc wydarzenia, a w tygodniu przygotowywanie ich, a także nadrabianie zaległości z roku - moja robota w dużej mierze leżała i kwiczała, a jedna z koleżanek z pracy rozstała się z nami kilka dni temu zostawiając za sobą potężny bajzel. Czasu jest więc mało - staram się wychodzić z pracy wcześniej (szef idzie na rękę, bo w końcu należy mi się wolne za łikęd, a na cały dzień w najbliższych tygodniach nie ma szansy), jednak Gadusi mam za mało. Rano staram się ogarnąć siebie i ją, tulimy się, a potem Gadunia robi "pa pa" i ruszam do pracy moim postrachem szos rocznik 1998, a popołudniu mój malec czeka na mnie na drodze pod domem i szeroko się uśmiecha, domagając się całusów i spaceru do psa sąsiadów ;)

Gadusia chodzi. Coraz więcej mówi - trochę po swojemu, ale można się dogadać - przecież wiadomo, że jeśli mówi "mama, nana, haha, kiti" to znaczy, że chce, żebym wyszła z nią na pole (tak, pole), do pieska i małego kotka od sąsiadów. Umie pieska zawołać - cmoka na niego przepięknie. Z pola często przynosi lyje - szyszki, więc gromadzę je na ozdoby bożonarodzeniowe. Niech będzie jakiś pożytek. Woda to leje. Leje na polu deszcz, leje woda z kranu, basenik pod domem też leje.

Zębów nie ma.

środa, 08 lipca 2015

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy spotkałam się z określeniem HIGH NEED BABY. Nie wiem, czy było to jeszcze w ciąży, czy może w pierwszych tygodniach życia Gadusi, kiedy szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO ONA WCIĄŻ PŁACZE? Poznaliśmy jednak to określenie i poczytaliśmy o cechach HNB. Teraz, po ponad roku doświadczeń, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że Gadusia jest HNB.

Cechy High Need Baby:

  1. Intensywne reakcje
  2. Hiperaktywność
  3. Częste karmienia
  4. Częste pobudki
  5. Niezadowolenie
  6. Wrażliwość
  7. Wymagania

Mój mąż kilka lat temu zetknął się zawodowo z niezwykle inteligentną dziewczynką. I tak jak inteligentna, tak krnąbrna była. I właśnie o takiej córce marzyliśmy, ze świadomością, że krnąbrne dziecko da rodzicom w pióra, jednak w przyszłości będzie mu łatwiej w życiu. No i mamy krnąbrną Łasicę łobuziarę, która nie ma czasu jeść, nie ma czasu spać. Gadusię, która przeżywa!

Gadusia od samego początku była hiperaktywna. Nawet najmniejsza zwłoka w podaniu mleka powodowała napad gigantycznej histerii. Tak było, gdy miała dwa dni, tak jest teraz, gdy ma rok. Chociaż jest dzieckiem pogodnym, w histerie wpada często. Krzyczy. Płacze tak, że aż się zachodzi. Przebieranie, przewijanie, obcinanie paznokci czy mycie włosów traktuje jako zamach na swoją suwerenność. I krzyczy. Wierzga. Ucieka. Po to, aby po sekundzie śmiać się i aby śladem minionej histerii pozostały tylko spływające po policzkach łzy.

Gadusia nie była karmiona piersią, ale wbrew temu, co sądzi się powszechnie o karmieniu butelką, nie wyglądało ani nie wygląda to u nas tak, że dziecko przysysało się do butelki i po kilku chwilach była ona pusta. Nie. Gadusia zwykła pić po 30 ml mleka i butelkę wyrzucać. A kwadrans później wpadać w histerię, bo brzuszek pusty. Nigdy też nie zaakceptowała smoczka, bo ewidentnie wkurzało ją, że on udaje podajnik z jedzeniem, a nim nie jest. Jedzenie siedząc w krzesełku jest dla mięczaków! Gadusia podczas jedzenia odbywa wędrówki po pokoju. Powinnam karmić ją w krzesełku, nawet jeśli ona nie chce? I tak nie zje, a przy okazji wpadnie w histerię.

Sen Gadusi to jest mój koszmar. Nocami jest nieźle, bo zasypia w miarę spokojnie i w miarę spokojnie śpi, jednak wszystko to ze wspomaganiem - biały szum naszym przyjacielem. Koszmarem jest sen w dzień. Kiedy drzemek było 3-4, to trwały one po 15-20 minut. A usypianie na nie 40. Teraz śpi dłużej, bo około godziny, ale za to bardzo często budzi się wkurzona. A wkurzona Gadusia wpada w histerię.

Nie wiem, co to znaczy dziecko śpiące w wózku. Nigdy nie mieliśmy okazji werandować Gadusi, bo werandowany wózek się przecież nie rusza. Przez pierwsze trzy miesiące Gadusia była non stop na rękach moich bądź Gadotaty. Po trzech miesiącach zaczęła spędzać czas również na podłodze, ale nigdy nie zainteresowała jej mata edukacyjna, nigdy na tej podłodze nie była sama. Gadusia wymagała asysty non stop. Non stop ktoś z nią musiał siedzieć na podłodze. Nawet wtedy, kiedy już zaczęła raczkować. Raczkowaliśmy razem z nią. Nie ma mowy o odłożeniu do kojca. Nie ma mowy o siedzeniu na fotelu, kiedy ona się bawi. Gadusia wymaga ciągłej asysty. Jeśli tej asysty nie dostanie, to wpadnie w histerię. Gadusia wkurza się podczas jazdy samochodem, bo fotelik odbiera jej wolność. Ona chciałaby wędrować. Zabrać Gadusię z festynu dla dzieci nie sposób. Nawet, jeśli to pora drzemki. Nie i już.

Wbrew temu, co słyszałam i co czytałam na forach, urlop macierzyński nie był dla mnie okresem czytania stosów książek. Tym bardziej nie był dla mnie urlopem. Nie przesiadywałam z wózkiem w parku chłonąc przyrodę. Moja córka musi być non stop w ruchu. Jeśli tramwaj w postaci nosiciela tudzież wózek się zatrzyma, to mój dzieć głośno protestuje.

Fajna jest. Hiperaktywna, wymagająca, wyczerpująca nawet. Ale fajna. Niesamowicie inteligentna z niej bestia. Córeczka idealna.



wtorek, 23 czerwca 2015

Gadusia urodziła się 23 czerwca 2014 r. o godz. 9.22. Minął rok, więc awansuje z niemowlinki na małą dziewczynkę. Małą dziewczynkę urody niezwykłej!

Roczny Gad:

- Wagi urodzeniowej NIE potroiła. Urodziła się z wagą 3090 g, teraz dobija nareszcie do ośmiu kilogramów.

- Zęby ma, ale tylko w planach. Buzia pusta. I ta buzia się nigdy nie zamyka - Gadusia gada jak najęta. To po matce matki ma ;)

- Wciąż ma niebieskie oczy. Nie po matce, bo ta ma piwne. Nie po ojcu - ten ma zielone. Po babci z taty strony. A karnację ma chyba po moim tacie, czyli wychodzą jakieś tatarskie korzenie ;)

- Tańczy. Śpiewa. Podryguje. Po swojemu, ale bardzo chętnie.

- Coraz więcej kroczków stawia samodzielnie.

- Doskonale nawiązuje kontakt z otoczeniem. Uwielbia inne dzieci, lubi dorosłych. Do każdego się śmieje i zagaduje po swojemu. Uśmiechy rozdaje na lewo i prawo.

- Jest wielkim kotolubem. Kocha nasze domowe kotki, uwielbia koty spotykane na spacerach. Bezbłędnie rozpoznaje kiti na swoich bluzeczkach.

 

 

Mama roczniaka:

- Mam poczucie, że już całkowicie odzyskałam siebie, tzn. mam czas na makijaż, na zdobienie paznokci i fryzury; nie boję się usiąść za kierownicą, kiedy mam w aucie dziecko; jestem w stanie funkcjonować tak, jak funkcjonowałam kiedy jeszcze nie byłam matką. Różnica tylko w tym, że teraz nią jestem!

- Praktycznie wróciło moje ciało. Waga wprawdzie wskazuje wynik wyższy, niż przed ciążą, jednak biorę poprawkę na to, że przed ciążą nie posiadałam mięśni. Noszenie dziecka jednak mięśnie mi wyrobiło. Wchodzę wszakże w bojówki w rozmiarze xs, zakupione pi razy drzwi 10 lat temu.

- Ślad po cesarce jest wciąż baaaardzo wyraźny. Widocznie taka już moja uroda. Mój mąż ma bardzo wyraźną bliznę, która jest pamiątką wydarzenia sprzed 25 lat, więc pasujemy do siebie ;)

- Rozstępy poznikały (miałam tylko kilka na udach i na brzuchu. Powstały na sam koniec ciąży, bo po trafieniu na patologię ciąży odechciało mi się wszelkie smarowanie i dbanie o swój wygląd...).

- Po raz pierwszy w życiu jestem opalona. Dość mocno. Obydwie jesteśmy, mimo smarowania się wysokimi filtrami. Spędzanie całych dni na polu (tak, na polu, bo my Małopolanki jesteśmy) dało taki, a nie inny skutek. Młoda opalona ładnie, bo ona generalnie ma ciemniejszą karnację, ja zaś jestem mocno wzorzysta.

- Hormony wreszcie wróciły do normy, a dzięki temu mnie łatwiej panować nad nerwami i nie męczy mnie czas spędzony z aktywnym dzieckiem.

- Nie sądziłam, że to możliwe, ale kocham mojego męża jeszcze mocniej.

 

Impreza już była. Świętowaliśmy w minioną sobotę, bo chciałam zrobić roczek przed moim poniedziałkowym powrotem do pracy. Goście dopisali świetnie. Pogoda była nieco mniej świetna, więc zamiast grilla zrobiliśmy grilla z posiadówką w domu ;) Plan na motyw przewodni mi się troszkę rypnął, gdyż wszystko miało być czerwone w białe i czarne grochy, jednak sukienka Gadusi, w tej właśnie kolorystyce, okazała się za cienka na sobotnią pogodę. Kiecka była więc inna, ale balony i serwetki były według planu.

czwartek, 11 czerwca 2015

W bieżącym tygodniu dwukrotnie usłyszałam "Och, jaki ładny chłopiec". Znów. Poprzednie razy były jednak w innych strojach - dziecko bywało okutane w jakieś czapy (zwykle czarną lub granatową), kurtki czy inne kombiaki (kombiaki akurat dziewczęce miała, ale kurtkę nosiła po kuzynie).

Teraz dziecko jest już duże i IMO wygląda na dziewczynkę. No bo kim, jeśli nie dziewczynką, jest istota odziana w fioletowe buciki, dżinsowe szorty z kwiecistymi wstawkami i w opasce z kwiatkiem? I jak często widuje się chłopców w różowych butkach z pomponami, różowych szortach z falbankami i w bluzeczkach z bufiastymi rękawami? A takie właśnie stroje miała w TE DNI. Zrozumiałabym, gdyby komentarz pojawił się, kiedy mała śmigała w którejś ze swoich czarnych/szarych koszulek z logo kapeli, a do tego miała jakieś ciemne leginsy i trampki, ale moje dziecko było akurat ZARÓŻOWIONE! A róż podobno jest zarezerwowany dla dziewczynek?

Że kolczyków nie ma? Że włosy wstążką nie przewiązane?

Zastanawia mnie, na podstawie czego otoczenie określa płeć dzieci? Przyjaciółka opowiadała mi, że jej niemal zawsze różowa córka (mała ma starszą siostrę, która dba o jej garderobę ;) ), notorycznie brana była za chłopca. Pomogły dopiero kucyki, jednak u Gadusi kucyków jeszcze chwilę nie będzie, bo chociaż włosków ma całkiem sporo i nawet każdy rośnie w innym kierunku, to jednak wciąż są za krótkie, aby z ich udziałem konstruować zmyślne fryzury. Jakiekolwiek fryzury. Ja, kiedy nie umiem rozpoznać, czy lokator wózka to chłopiec, dziewczynka, a może kotek czy inna wiewiórka, to pytam o imię. Imię przeważnie wskazuje na płeć. To bardzo pomocne - polecam. W ten sposób do Piotrusia nie powiemy, że śliczna z niego dziewczynka, a Kamilka nie usłyszy, że jak na chłopca to też jest niczego sobie.

Przysięgam, że jeśli jeszcze raz jakaś zaglądaczka dowózkowa powie: "No bo tak chłopięco wygląda" odpowiem jej "PANI TEŻ"!

piątek, 29 maja 2015

Czas biegnie jak szalony i nieubłaganie zbliża się czas mojego powrotu do pracy. Zaprząta to moje myśli od dłuższego czasu. Boję się, jak to będzie, bo od prawie roku najdłuższa rozłąka z moim dzieckiem trwała 3 godziny.

Gdy odchodziłam z pracy, najpierw na chorobowe, a potem na macierzyński i rodzicielski, miałam poczucie pewnej stabilności. Od pięciu lat w tej samej firmie, z umową na stałe i perspektywą rozwoju. Znana byłam ze swojej solidności, więc sądziłam, że awans, na który pracuję, a który miałam w perspektywie dwóch-trzech lat mnie nie ominie. Wierzyłam, że żyję w cywilizowanym świecie i nie ważne będą moje poglądy polityczne czy sytuacja życiowa. Sytuacja jednak wymknęła się spod kontroli. Okazało się, że podczas mojej nieobecności pojawił się wakat, z myślą o którym skończyłam stosowne studia etc. Jednak wszystko załatwiono zza kulis i wakat przypadł osobie, która kompetencji do objęcia go nie posiada. Stanowisko przepadło. Łez wylałam dużo, bo awans wiązał się i z pewnym prestiżem i z istotnym zwiększeniem pensji i co ważne dla młodej matki - lepszymi godzinami pracy.

Okazało się jednak, że oczekuje się ode mnie, że po powrocie obowiązki "awansowanego" pełnić będę ja, gdyż on jest "merytorycznie słaby", natomiast prestiż i pieniądze pozostaną przy nim. Sądziłam, że to dlatego, że ja jestem kobietą, a oni facetami i że to z tego powodu zostałam tak "wykolegowana". Że to faceci bezczelnie się panoszą i podporządkowują sobie kobiety. Z tego też powodu, kilka tygodni temu, kiedy ten tekst powstawał (siedział sobie w schowku do tej pory), nadałam mu tytuł "Światem rządzi penis". Tytuł jednak uległ rozszerzeniu, kiedy dotarło do mnie, jak wiele zła innym kobietom czynią inne kobiety. Kobiety być może skrzywdzone, bo wychowane w totalnym patriarchacie i nie potrafiące poza nim funkcjonować. Kobiety, które same się godzą na to podporządkowanie. Kobiety, które tego podporządkowania oczekują i dlatego spod skrzydeł ojca wędrują pod skrzydła męża. Kobiety, które być może uważają się za istoty zbyt słabe, aby samostanowić o sobie. Niedawno znajoma, młoda, wykształcona dziewczyna, wypowiadała się na temat równouprawnienia i wprost oświadczyła, iż jest mu przeciwna. Jak mówiła "w domu porządek ma ustalać ojciec", a "kobiety mają wspierać mężczyzn". Skoro więc inne kobiety strzelają takiego gola do własnej bramki, to trudno oczekiwać, że mężczyźni będą nas traktować poważnie. Z takim podejściem nigdy nie będzie dobrze. Nigdy nie będzie sprawiedliwie. Po co sprawiedliwość, jeśli nawet strona uciśniona jej nie chce...

 
1 , 2 , 3