Mama Gada idzie na łatwiznę

Wypromuj również swoją stronę
zBLOGowani.pl

Okołoporodowo

piątek, 18 września 2015

Podobnie jak zapewne większość kobiet, położną środowiskową wybrałam na chybił-trafił. Odbyło się to w ten sposób, że pięć lat temu postanowiłam zmienić przychodnię i rejestrując się do nowego lekarza rodzinnego, musiałam wybrać też położną i kogoś tam jeszcze - nie miało to wówczas dla mnie większego znaczenia. Zresztą wyboru nie było, bo w tej przychodni i tak jest chyba tylko jedna "pani Marysia".

Poznałam ją też dość szybko, bo w ósmym tygodniu ciąży byłam u mojej internistki po zwolnienie na kilka dni, bo ciąża już wtedy dawała mocno popalić, a w pracy nie przyznawałam się jeszcze, że mam lokatora i nie daję rady. No więc poszłam, powiedziałam w czym rzecz i lekarka poinformowała mnie, że prowadzą program dla ciężarnych, w ramach którego "grube baby" spotykają się raz w tygodniu na pogaduchach z położną. Generalnie miało to być coś na wzór szkoły rodzenia, tylko w rozszerzonym zakresie, więc stwierdziłam, że warto się wybrać. No i chodziłam na spotkania, co kilka tygodni, bo tematy się powtarzały, więc nie było sensu chodzić zawsze. Zwykle dostawałyśmy jakieś gadżety z tego programu prowadzonego przez przychodnię - głównie dotyczące zdrowego odżywiania w ciąży i w okresie połogu, a potem w okresie karmienia piersią, aktywności fizycznej w ciąży itp. Były też reklamówki z gadżetami okołodziecięcymi - nazbierałam masę próbek sudocremu (którego staram się nie używać), dwa smoczki (a Gaduchna bezsmoczkowa się trafiła), próbki pieluch chyba każdej marki, próbki środków piorących, kosmetyków dla maluszka i dla mnie. I butelkę aventu, ale to już dostałam podczas wizyty patronażowej.

Pani Marysia sprawiała wrażenie niezwykle pomocnej. Obiecywała, że we wszystkim pomoże, że jeśli zdecydujemy się rodzić w najbliższym szpitalu, to odwiedzi, że da znać koleżankom z oddziału, żeby potraktowały "po ludzku". Oczywiście, straszne parcie miała na rodzenie siłami natury, bez wspomagania farmakologicznego i na późniejsze karmienie piersią - podśmiechiwała się z dziewczyny z poprzedniego kursu, która jeszcze w ciąży zakupiła bebilon, bo po doświadczeniach z karmieniem pierwszego dziecka, nie chciała przez to przechodzić ponownie. Cóż.

Nieco zaskoczona byłam kiedy kilka tygodni przed moim terminem spotkaliśmy znajomego, męża mojej koleżanki z klasy, która też chodziła na "grube baby", który strasznie narzekał na panią Marysię. Otóż mówił, że nie udzieliła ona jego żonie żadnego wsparcia, że namawiała ją na poród siłami natury, mimo, że dziewczyna miała wskazanie do cięcia, że nie odwiedziła w szpitalu. Niedługo później trafiłam na patologię ciąży, więc napisałam o tym pani Marysi. Nie przejęła się, chociaż było przecież zagrożenie. Nie odezwała się kilka tygodni później, kiedy napisałam jej, że jestem w szpitalu i rano będą mnie ciąć. Nie odwiedziła, nie odpisała.

Ze szpitala wyszłyśmy w czwartek, a w piątek zadzwoniła do mnie moja lekarz rodzinna, właścicielka przychodni. Zapytała, jak się czuję, jak maluszek. Zapowiedziała, że następnego dnia przyjedzie do mnie położna, która zastępuje panią Marysię, która jest na urlopie. OK, następnego dnia przyjechała pani Wanda. Obejrzała małą, obejrzała mnie, chwilkę pogadałyśmy i zapowiedziała, że na następną wizytę wybierze się pani Marysia, ale jeśli będę potrzebowała pomocy, to mam dzwonić. No i dzwoniłam do niej, bo nie mogłam karmić, a pani Marysia nie odbierała. Pani Wanda wspierała, mówiła, że jeśli zostaniemy na butelce, to nie będzie koniec świata. Ale nie pokazała w warunkach domowych, jak przystawiać, co robić. Nic to, w sumie chyba mi na tym karmieniu aż tak nie zależało.

Szwy miałam ściągane w 10 dobie po operacji, w naszej przychodni. Moja lekarka rodzinna najpierw dokładnie obejrzała ranę, porozmawiała ze mną, a dopiero po tym poprosiła pielęgniarkę o wyciągnięcie nici. Tego dnia spotkałam też panią Marysię, która zapowiedziała się, że przyjedzie do nas na wizytę patronażową. No i po kilku dniach (dzień czy dwa później, niż się umawiałyśmy) przyjechała. Zdziwiona, że dzwoniłam i dopytywałam, kiedy będzie, bo przecież powinnam z noworodkiem w domu siedzieć, a mnie się zachciewało do rodziców jeździć... Przywiozła butelkę, miliony ulotek, wagę, na której zważyła Gadusię i stwierdziła, że z mojego karmienia to już nic nie będzie i nie muszę już nawet próbować ściągać. Jeszcze tydzień próbowałam, mimo wszystko.

Pani Marysia nie nauczyła się imienia mojego, ani mojej córki - jest chyba jedyną osobą w tamtej przychodni, która nie wie, jak moje dziecko ma na imię, a że młoda ma oryginalne imię, to naprawdę trzeba się postarać, żeby notorycznie nazywać ją Olą...

niedziela, 31 maja 2015

Swoje zdanie na ten temat miałam od dawna i Gadotat był w tej kwestii dokładnie uświadomiony - nie życzyłam sobie jego asysty przy porodzie. Czy on przy porodzie być chce, mało mnie szczerze mówiąc obchodziło, bo to moje ciało, mój ból i moje wydzieliny. Nie chodziło mi o to, że ma mnie widzieć zawsze piękną i pełną blasku (bo tak nie jest, w ciągu tych nastu lat razem widywał mnie w różnym stanie wszakże), a o to, że zwyczajnie chcę mieć przynajmniej taką sferę prywatną (nie wyobrażam sobie wizyt u znajomego lekarza [żadnej specjalności], nie mam "zaprzyjaźnionej" kosmetyczki i nie będę mieć męża przy porodzie).

Chodziłam jednak w ciąży na "grube baby" (zamiast szkoły rodzenia miałam spotkania z położną, które nazwałam sobie "grube baby", bo wszystkie uczestniczki jakiegoś takiego wielkiego brzuchola miały :D ) i tam usilnie namawiano nas do porodów rodzinnych. Od znajomych słyszałam i w ciąży i wcześniej komentarze: "O, ja mojemu jasno powiedziałam - ma być przy porodzie i patrzeć, jak cierpię", niektóre żałowały koleżanek: "Kryśki chłop to chyba jej nie kocha, albo nie wierzy, że Nikolka to jego dziecko, bo nie był przy porodzie", "Zosia ma przekichane ze swoim facetem - odwracał głowę, gdy wyciągali Oliwierka! Ciota nie facet!". Na moje stwierdzenia, że ja męża przy porodzie nie chcę, one odpowiadały, że tak mówię, bo z pewnością to ON nie chce przy tym być.

A ja męża przy porodzie mieć nie chciałam. Kategorycznie. I inne kobiety pukały się w głowę. Mówiły, że widocznie słaba jest moja więź z Gadotatą, skoro nie chcę, żeby był ze mną w tym ważnym momencie. Że skoro był przy poczęciu, to powinien być i przy porodzie.

A figa!

To JA decyduję, czy ojciec mojego dziecka ma być ze mną przy porodzie, czy nie. Nikt inny. Niech inni stanowią o sobie. Niech inni oceniają stan swoich związków. Mnie w zupełności wystarcza, że był przy poczęciu i jest przy wychowywaniu.

Był moment, gdzieś tak około siódmego miesiąca, że zaczęłam rozważać opcję "wpuszczenia" męża na etap "mam skurcze, ale jeszcze jest nudno". Zakładałam, że na etapie "widzę główkę" opuści lokal i grzecznie poczeka za drzwiami. Szczęśliwie jednak, dla całej naszej rodziny, już niedługo potem dowiedziałam się, że będę mieć cesarkę i opcja porodu rodzinnego odpadła. Uff...

Mój mąż wspierał mnie, kiedy już wystrojona w szpitalną koszulę czekałam na podanie znieczulenia i był na korytarzu, kiedy pocerowaną przewozili mnie na salę pooperacyjną. Pielęgnował moją ranę. Wspierał mnie, kiedy dopadł mnie baby blues. Wiem, że w całym tym okresie towarzyszył mu potężny strach - najpierw o mnie, potem też o maleńką. Starał się tego nie okazywać, ale wiem, że bał się, że nasze serca odmówią posłuszeństwa i którejś z nas nie będzie. Widziałam jego ulgę, kiedy zobaczył mnie żywą. Widziałam jego zaangażowanie, gdy po raz setny dopytywał neonatologa, czy z małą na pewno wszystko dobrze i czy nie będzie konsekwencji przyjmowanych przeze mnie w ciąży leków i późniejszego niedotlenienia Gada. 

Gdybym miała mieć drugie dziecko i gdybym z jakiegoś powodu nie była cięta, to nadal, kategorycznie, nie chcę mieć męża przy porodzie. Chociaż kocham go nad życie. Chociaż on i nasza córka stanowią cały mój świat.

Był, jest i będzie (jestem tego pewna!) najlepszym partnerem na świecie. Jest najcudowniejszym tatą na świecie. Jeśli nie zmieni sobie towarzyszki życia, to nigdy nie będzie przy porodzie. (No OK, w sumie odbierał koci poród, więc chyba można mu zaliczyć!)

czwartek, 19 marca 2015

Lubię blizny. Lubię, a nawet uwielbiam. To dziwne o tyle, że blizny są konsekwencją krwi, bólu i cierpienia, a ja jestem zwiewna lelija i na widok krwi mdleję. Na samo o krwi wspomnienie również. Gadotat jest rozmaitymi bliznami pięknie ozdobiony i kto wie, czy gdyby ich nie miał, byłby dzisiaj moim mężem? ;) Ja do tej pory bliznę miałam tylko jedną, skromniutką pamiątkę po świątecznej sałatce sprzed kilku lat - nóż mi się omsknął i ucięłam sobie palec wskazujący u lewej dłoni. Zdążyłam wówczas narobić paniki, ułożyć się wygodnie na fotelu i dopiero wtedy zemdleć, co poczytuję sobie za spory sukces, bo bywały sytuacje, że padałam na ziemię w miejscach publicznych lub współlokatorka znajdowała mnie nieprzytomną na podłodze w łazience. No, ale to nie o tym wpis. To wpis o bliznach.

A od czerwca bliznę mam jeszcze jedną. Pamiątkę przyjścia na świat mojej ślicznej małej córeczki. Bliznę po cesarce.

Szwy miałam ściągane 10 dni po porodzie i przez tych 10 dni na ranę nie patrzyłam, bo mnie brzydziła i bałam się, że runę na ziemię ;) Na ślepo myłam ją szarym mydłem, dokładnie osuszałam, a mąż psikał mi ją octeniseptem i kontrolował, czy wygląda dobrze (w mojej ocenie wyglądać dobrze nie miała prawa, ale on chyba sprawdzał, czy nie wycieka z niej ropa, krew ani żadna inna dziwna substancja ;) ). Od niego oraz od położnej, która ją widziała wiem, że miałam nitkę zbyt mocno związaną i dlatego szew mnie ciągnął i dość mocno to bolało, szczególnie w nocy, kiedy próbowałam zmienić pozycję. Po usunięciu nici ból minął, więc mogłam obejrzeć moją ranę, która była wówczas jeszcze mocno opuchnięta. Przez kilka następnych tygodni naklejałam specjalne silikonowe plastry na blizny, które miały m.in. znacznie zmniejszyć ich widoczność oraz poprawić ich elastyczność. Trudno mi powiedzieć czy spełniły swoją rolę, bo nie wiem, jak moja blizna wyglądałaby bez plastrów, jednak wiem, że widoczna jest nadal. Mocno widoczna, mocno czerwona. No ale ja blizny lubię, więc to mi nie przeszkadza.

Przeszkadza mi natomiast to, że moja blizna jest ASYMETRYCZNA! Kto mnie zna, ten wie, że asymetrii nienawidzę, więc każdego dnia podczas kąpieli mam ochotę sobie wytatuować przedłużkę do tej blizny, żeby mieć ładny, symetryczny uśmiech na podbrzuszu :D Zastanawiam się, czy gdybym miała drugie dziecko, to pocięliby mnie tak, że blizna by się wyrównała, bo jeśli tak, to może warto spróbować ;)

poniedziałek, 09 lutego 2015

Postanowiłam w szpitalu być piękna. Zero koszul nocnych w misiaczki, zero szlafroków prababci, zero rozkłapcianych klapków. Zadbane włosy, świeża cera, ogolone nogi. Aby móc zrealizować swój plan nabyłam drogą kupna dwie ciążowe koszule z esotiq, które wyglądały najlepiej, jak tylko koszule ciążowe wyglądać mogą. W sumie nawet teraz chętnie bym w nich spała, gdyby nie to, że w koszulach spać nie lubię. Jedna koszula w stylu marynarskim, granatowo-biała z czerwonymi dodatkami, druga turkusowo-szara. Do tego granatowy szlafrok. I kapcie-baletki również w marynarskiej kolorystyce. Pod prysznic przeznaczyłam jedyne posiadane przeze mnie klapki, czyli czarne japonki. Z przeznaczeniem do porodu kupiłam mniej ładną, ale przynajmniej szarą, a nie pastelowo pomarańczową koszulę. Przez całą ciążę gromadziłam próbki lubianych kosmetyków, które miały mi towarzyszyć w szpitalu.

A później trafiłam na patologię i w koszulę owszem, wskoczyłam, ale upał był tak potworny, że szlafroka nawet nie wyjęłam. Podobnie kapci, bo wygodniej było cały czas śmigać w japonkach. Włosy, owszem, myłam. Nawet czasem przeczesałam z grubsza. Okulary ściągałam, zakładałam soczewki. Nogi obgalałam co kilka dni, żeby przynajmniej z daleka futra nie było widać.

Jako, że na patologii chciałam zadawać szyku, nie używałam wcale koszuli porodowej, a dwie koszule to zdecydowanie za mało, mama dostała zadanie bojowe - zanabyć następną, możliwie najmniej słodko-pierdzącą. Kupiła piżamę ciążową - nawet nie wiedziałam, że takie są! Robiła furorę, współleżące pytały gdzie ją kupiłam. Czyli zadałam szyku! Zużyłam wówczas zgromadzone zapasy próbek, więc przez następny miesiąc zbierałam nowe. 

A potem pojechałam już rodzić. Do cesarki dali mi ichni przecudnej urody fartuch, w który krwawiło już setki położnic, więc koszulę porodową postanowiłam wykorzystać w następnej kolejności i sobie w nią krwawić radośnie w pierwszym stadium połogu. W sumie nie zakrwawiłam żadnej i teraz z tą porodową nie wiem co zrobić, bo nie podoba mi się na tyle, żeby mieć ją w bieliźniarce, a szkoda mi też wyrzucić coś, czego użyłam jeden raz.

Następnego dnia po cięciu mnie pionizowali, więc mogłam się umyć. Nie, nie w produkcie z próbki. W szarym mydle. Przez miesiąc jedynym produktem, którego używałam do higieny poza szarym mydłem był szampon do włosów. A, jeszcze pasta do zębów. Odpuściłam nawet dezodorant, ale może nie śmierdziałam jakoś bardzo intensywnie.

Soczewki w szpitalu zakładałam. W sumie to ja nawet w soczewkach rodziłam - nie ma przeciwwskazań, pozwolili. Kazali tylko pościągać kolczyki. A mam ich dużo, więc się pielęgniarka niecierpliwiła, że musi długo czekać.

No i zadawałam sobie tego szyku w szpitalu. Myłam zęby, łeb i ciało szarym mydłem. Chodziłam jak kaczka, bo przecież między nogami miałam poupychaną ligninę. Dzięki wielkie wynalazcy majtek siatkowych, bo przynajmniej było to czym przytrzymać, ale nie od razu, bo sama zaopatrzyłam się w jednorazowe, które okazały się za płytkie i raziły w ranę po cięciu. Mama zakupiła mi w szpitalnej aptece przecudnej urody majty wielorazowe.

Brzuch mi wcale po porodzie nie spadł, więc nie mogłam robić za laskę. Przy porodzie spadła mi tylko i wyłącznie waga noworodka, tak jakby wody płodowe nie spłynęły ani nic. Gruba byłam i sflaczała. Na gębie wciąż opuchnięta. Nogi wciąż słoniowate.

Szyku zadawałam jak cholera. Dobrze, że miałam tylko jedną współleżącą i ona zadawała szyku chyba jeszcze mniej niż ja.

środa, 04 lutego 2015

Urodziłam po ludzku, chociaż inaczej, niż się spodziewałam na początku ciąży. Z mojego punktu widzenia LEPIEJ.

Z decyzją o dziecku zwlekaliśmy długo, między innymi ze względu na mój paniczny strach przed porodem. Okropnie boję się bólu i jestem na tenże wybitnie mało odporna.

W ciąży zdecydowałam się rodzić w stosunkowo odległym szpitalu, jednak takim, w którym jest możliwość odbycia porodu w wodzie (rozważałam), nie ma problemu ze znieczuleniem i w razie czego jest cesarka na życzenie. Nastawiałam się raczej na poród drogami natury (ale nie jej siłami ;)), jednak nie wiem, czy w obliczu skurczów i bólu nie poprosiłabym o cięcie.

Plany moje pokrzyżowało jednak trafienie półtora miesiąca przed terminem na patologię ciąży z powodów kardiologicznych. Wiedziałam już, że wybrany szpital po takiej historii mnie odeśle, bo to typowy położniczo-ginekologiczny i trudniejszych przypadków nie obsługują. Pozostało mi więc rodzić w szpitalu powiatowym i tutaj już wszystko zależało od Gada.

Do końca siódmego miesiąca młoda siedziała w poprzek. Pewnej nocy czułam, że się obraca, więc przekonana byłam, że obróciła się do porodu, główką do dołu. Jak się okazało, na moje szczęście, jednak nie. Po wizycie na patologii zależało mi już na tym, żeby nie dokonała ponownego obrotu, bo przed porodem naturalnym na żywca się nie wywinę.

Gad to grzeczna dziewczynka - nie obróciła się, więc miałam wskazanie do cesarskiego cięcia. Zabieg został zaplanowany na pierwszy dzień 40 tygodnia - według ostatniej miesiączki. Według mnie i USG był to tydzień 38.

Na oddział zostałam przyjęta dzień wcześniej. Wykonano mi wszystkie konieczne badania, odbyłam rozmowę z anestezjologiem (byłam cały czas na lekach od kardiologa i przechodziłam kolejne w tej ciąży zapalenie zatok, więc kilka dni wcześniej skończyłam antybiotyk). Zostałam przygotowana, nastawiona psychicznie i poszłam spać. Rano przygotowali mnie do końca (to mało przyjemne ;) ), podłączyli do ktg, stwierdzili, że mam skurcze co 5 minut, dali kroplówkę, wbili igłę w kręgosłup, zapytali, kto się rodzi, wyrazili zachwyt i wyciągnęli JĄ. Od kroplówki do zszycia mnie minęło 45 minut.

Urodziła się o 9.22, ważyła 3090 g i mierzyła 50 cm. Piękna jest. 

Urodziłam bez bólu. Cesarka nie czyni mnie gorszą matką. Nie czyni mnie też matką lepszą. Ot, zwyczajnie - dzięki cesarce matką JESTEM.

wtorek, 04 listopada 2014

Już dawno urodziłam. Ale najpierw, niedługo po ostatnim wpisie, wylądowałam na patologii ciąży, bo Gad brykał niemożebnie.

Z mojej winy. Albo z winy mojej alergii.

Bo alergia mnie dusiła, najpierw zaliczyłam zapalenie zatok, potem tachykardię (i wtedy ta patologia była), potem tuż przed cesarką znów zapalenie zatok.

Bo to cesarka była. Planowa. Gad się nie obwyrtnął, tylko wygodnie zasiadł na maminym pęcherzu i dorastał sobie.

Cieszę się z cesarki. Planowa była, więc rodziłam bez bólu, bo akcji nie miałam, chociaż według ktg miałam skurcze co 5 minut jak kładłam się na stole operacyjnym. Bolało mnie tylko ostatnie badanie ginekologiczne przeprowadzane przez położną i zakładanie cewnika przez tę samą babę.

Gad jest dziewczynką. Spełnieniem moich marzeń, chociaż pierwsze trzy miesiące to był hard core. Teraz, kiedy ma 4 i pół miesiąca jest już fajnie, ale o tym następnym razem.

czwartek, 13 lutego 2014

A co przez to rozumiem?

Nie chcę, żeby mnie bolało. Wiem, że trochę musi, ale nie chcę tego bólu wspominać do końca życia, a mam bardzo niski próg bólu, więc byłoby to prawdopodobne.

Rozeznanie szpitalne rozpoczęłam od sprawdzenia w internecie, który okoliczny szpital daje znieczulenie zewnątrzoponowe. Szpitali do wyboru mam mało, bo nie mieszkam w wielkim świecie, tylko na głębokiej prowincji.

Pierwszy odpadł oddalony o jakieś 20-25 km szpital w J. Już internet podpowiada, że znieczulić się tam można tylko gazem rozweselającym, więc niech się w dupę pocałują z takim znieczuleniem. Relacje rodzących tam koleżanek też nie były specjalnie zachęcające - jedna mówi, że traktowano ją tam jak śmiecia, druga, która rodziła tam jedno ze swojej piątki, uważa, że na skutek błędów popełnionych przy porodzie dziecko ma pewne defekty. Podziękuję wobec tego.

Już myślałam, że wybrałam szpital w G. Kilka km od domu, według internetu dają zzo, oddział niedawno wyremontowany, a według lokalnej gazety przyjeżdżają tam rodzić nawet kobiety z byłego miasta wojewódzkiego, 30 km dalej.

A potem internet powiedział, dlaczego rodzą tam kobiety z byłego wojewódzkiego - a to dlatego, że one mają do dyspozycji szpital o fatalnych opiniach, więc być może szukają tylko mniejszego zła. Koleżanki, które tam rodziły powiedziały, że zzo to bujda. Dają tylko przy cesarce, przy naturalnym porodzie nie ma na co liczyć. Podobno już nawet na ichniej szkole rodzenia (do której notabene się wybierałam) uświadamiają, że zzo to zło i nie ma na nie szansy. Koleżanka, która rodziła tam półtora roku temu powiedziała, że więcej tam nie wróci i na poród, który jest przewidziany za kilka tygodni, wybrała szpital, którego wcześniej nie brałam pod uwagę. Szpital, który wstępnie wybrałam.

Oddalony o jakieś 40-45 km, umiejscowiony w wiosce, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Prywatny, ale z umową z NFZ. Jedna koleżanka już tam rodziła i pierwszy raz spotkałam się z tak pozytywną relacją z porodu. W internecie też same doskonałe opinie.

Szpital nowy, dobrze wyposażony. ZZO na żądanie, ale może nawet nie poproszę, bo nie trzeba u nich rodzić na leżąco i powoli umierać. Kusi mnie poród w wodzie, a taki podobno daje znieczulenie sam z siebie. Nawet jednak, jeśli nie zdecyduję się na wodę, nie muszę rodzić na leżąco, zresztą chyba nawet takiej opcji nie przyjmują - na leżąco tylko cc.

Poród u nich przeraża jakoś mniej.

Jeszcze cztery miesiące ;)